sobota, 4 września 2010
Telemarketing entuzjastyczny
Czyli dlaczego moja tymczasowa praca czasami mnie dobija...
Dzwoni telefon.
Ja: "Słucham."
Pan Entuzjastyczny: "Dzień Dobry, nazywam się {...} i szczęśliwie dla pani dzwonię z firmy X w sprawie wspaniałej promocji produktu Y !"
Ja (życzliwa telemarketerom, bo znam tę robotę...): "O matko... No dobrze, niech mi Pan powie, co sprzedaje..."
Pan E.: "Niczego nie sprzedaję! Mam wspaniałą promocję produktu Y za jedyne 19,10! (tu następuje oferta)"
Ja:"Skoro pan podaje cenę, to znaczy, że to oferta sprzedażowa, prawda...?"
Pan E.: "Ależ nie! To są jedynie koszty promocyjne! Nasz wspaniały produkt Y jest gratis!"
Ja (podirytowana entuzjazmem): "To ja panu gratis za niego nie zapłacę...!"
Pan E. (nie tracąc entuzjazmu): "A to już pani sprawa, jak pani go zapłaci. Ja prześlę do pani nasz wspaniały promocyjny produkt Y!"
Ja: "Bardzo dziękuję, rezygnuję"
Pan E.: "Ależ dlaczego. Nasz wspaniały produkt Y.. (tu następuje powtórka prezentacji oferty - w całości, od początku)! To gdzie mam wysyłać?"
Ja: "Do Kambodży"
Pan E. (w końcu stracił rezon): "Dlaczego do Kambodży?"
Ja: "Bo mnie tam nie ma, prosze pana"
Pan E. (wciąż siląc się na entuzjazm): "Ale nasza wspaniała promocja produktu Y..."
Ja (przerywając mu szybko): "Synku, ile ty tam pracujesz na tej słuchawce? Tydzień?"
Pan E. (niepewnie): "No... Prawie."
Ja: "No to zaznacz sobie niezainteresowaną osobę i na przyszłość staraj się być mniej... nachalny. Wiem, że to ciężka praca, bo sama ją wykonuję..."
Pan E. (który nagle odzyskał entuzjazm): "No to tym bardziej powinna pani kupić nasz produkt Y...!"
Ja: KLIK!
Czytaj resztę...
poniedziałek, 20 lipca 2009
"Na Polaków patrzyłem z góry"
Krąży po kraju dość siermiężny, ale bardzo trafny dowcip o "mistrzach ciętej riposty". Cytować nie będę, bo mój słownik nie obejmuje niektórych sformułowań zawartych w tym dowcipie. Poza tym odczuwam już pewne zmęczenie "ciętą ripostą". Kiedy w okół mnie ludzie chcą wyrazić coś mocnego, poruszającego, używają wyrazów z duża ilością **** w środku. Jest to prosta i wyrazista wersja emocjonalnego wybuchu, który nie jest już tak passe jak kiedyś, więc nie musimy się go wstydzić.
Ale ja chyba jestem staromodna...
Mnie imponują koronkowe metafory, które oddają te wszystkie ****. Takie które można wypowiedzieć bez użycia słów jeszcze do niedawna omijanych w kulturalnej konwersacji (bo w słownikach już je można znaleźć - ot, nowoczesność, modernizacja, postęp...). Od Mistrzów Ciętej Riposty wolę Mistrzów Anegdoty. Może dlatego ostatnio czytam głównie wywiady z twórcami starej daty. Takimi, których ominęło gwiazdorstwo, a którzy karierę budowali na reputacji, a nie na jej braku. Nie imponuje mi ekstrawagancja, bunt, prowokacja. Imponuje mi... zwyczajność.
Ale zwyczajność podniesiona do rangi sztuki. Integracja absolutna, świadomość, że jestem kimś zwyczajnym i w tym tkwi moja siła. Robię swoje. Wiem, gdzie zmierzam i pracuję na to konsekwentnie. Nic nie przychodzi łatwo, więc to co mam jest bardzo cenne. Może dlatego powraca moda na staromodne ideały Jane Austen, na autorytety z minionej epoki, na autorytety w ogóle. Wyrastamy z idoli...?
Pierwszą lekturą dzisiaj b
"Arab strzela, Żydzi się cieszą". Kliknęłam ten tekst, bo po serwisie informacyjnym, który zapewnia codziennie, że mimo daleko idących wysiłków Pokojowych Sił Amerykańskich, ONZ i innych militarnych klonów, ludzie na świecie się zabijają... Po takim porannym serwisie miałam ochotę poczytać o pojednaniu, bratniej miłości, politycznym cudzie. Pomyłka. Co nie oznacza, że tekst mnie nie wciągnął.
"Opowiadał mi, że dla izraelskich Arabów, Palestyńczyków i może Arabów w ogóle to sposób na odreagowanie frustracji i poniżenia. Na rozładowanie napięć. Na załatwienie, również krwawe, pradawnych sporów.
Przez piłkę można zabić narzeczoną. Albo - zastrzelić sąsiada. Przestać rozmawiać z ojcem. Znienawidzić rodzonego brata. Pogodzić się z wrogami. Zyskać narodową dumę. Albo - stracić człowieczą godność."
Przyszło mi do głowy, że nie potrafię tych zacietrzewionych Arabów i Żydów nienawidzić, tak jak potrafię znienawidzić polskich, jak ich sami nazywamy, pseudo-kibiców. Litość spowodowana tamtejszą wojną? A może cywilizacyjna wyższość? A może po prostu widzę, że ich nienawiść i frustracja ma powód. Nie popieram sposobów w jaki ją wyrażają, ale potrafię sobie wyobrazić, że piłka nożna stanowi dla nich wentyl bezpieczeństwa, pretekst do wyrażenia wściekłości na... Na wszystko. "Kiedy byłem jeszcze piłkarzem amatorem, przez kilkanaście lat stawiałem wam domy. Może więc prawdziwe zasługi dla Izraela ma nie tylko ten, kto nosi karabin, ale również ten, kto buduje" - mówi Abbas. Arab, który izraelską drużynę poprowadził do zwycięstwa.
A o co walczą polscy kibice? O narodową dumę? O porozbiorowy kompleks? Może o to samo, a może o co innego. Ale na moim podwórku ich wściekłe i często łyse gęby wzbudzają strach i wstyd. Dlatego często ich nienawidzę.
Na koniec echo całego zamieszania związanego ze śmiercią Michała Jackowskiego, powszechnie znanego jako "Król Popu". Dlaczego tak bezceremonialnie. McŻałoba, jak możemy wyczytać w krótkim felietonie. Felieton taki sobie - ani dobry, ani zły. Ale podsumowanie trafne. Kolejna zastępcza rozpacz. Zamiast płakać nad sobą, płaczemy nad człowiekiem, dla którego bilans dobra i zła nadal pozostaje nie rozstrzygnięty. Tworzymy legendę. Na miarę naszych czasów i nas samych. Amerykańskie "Rest in Peace" stanowi nie tylko szanowaną formułkę, ale i marzenie każdego, kogo McŻałoba nie porwała w objęcia. Niech on spoczywa w naszym spokoju...
Czytaj resztę...
wtorek, 26 maja 2009
IPN i kajdanki - krótka refleksja o zmęczeniu
„Jak mnie przesłuchiwał, to mu wrzasnąłem: »A pocałuj ty mnie w dupę! «. Za każdym razem, kiedy go teraz widzę, przypominam sobie tę scenę i mam wielką radochę. To jest moje odszkodowanie”.Takimi słowami skomentował pytanie o śledztwa IPN Andrzej Muszyński, robotnik, były działacz "Solidarności" z Lubania, który konsekwentnie odmawia stawienia się w sądzie na przesłuchanie w sprawie PRL-owskich zbrodni. Jeśli zajdzie potrzeba, zostanie doprowadzony siłą. Dlaczego? Bo takie jest prawo, takie są realia.
Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było głupie...
O IPN można mieć różne zdanie - że jest upolitycznione (np. Friszke, jeden z byłych historyków Instytutu), że potrafi być obiektywne (Żaryn, były szef pionu edukacyjnego) , że jest bezkrytyczne („Największe pretensje do ludzi związanych z IPN mam o to, że uczynili z instytutu wyrocznię." - Katarzyna Kolenda-Zaleska, Fakt, 20 kwietnia 2009). Dobitnie komentował działalność Instytutu reżyser Krzysztof Zanussi:
"Lustracja była potrzebna, ale została przegrana już dawno, w momencie, kiedy zaczął się handel teczkami i upolitycznienie całej sprawy. Z przeszłością trzeba się rozliczyć, ale w sposób bardzo roztropny, a u nas tej roztropności zabrakło. IPN zajmuje się ludźmi słabymi, a zapomina o inspiratorach i wykonawcach. Zapomniano, że to wszystko służyło partii, a ta partia nigdy nie została rozliczona z tego, co robiła. Nie wiem, jak należało postąpić, ale na pewno nie tak, jak to się stało. U nas z plotki robi się fakty, a nie ma poszukiwania prawdy i uświadamiania młodzieży tych zagrożeń, które ciągle są w powietrzu. Przecież ci młodzi byliby skłonni do takich samych zachowań. Dziś sami pracują w różnych korporacjach i są zdolni do niesłychanie nieetycznych czynów, niezgodnych z własnym sumieniem, jeśli tylko to może im pomóc w karierze."
Dotąd myślałam, że tylko młode pokolenie czuje przesyt lustracją. Rozmawiając parę miesięcy temu z grupą maturzystów, autorów książki o swoich rówieśnikach z okresu stanu wojennego ("Rejacy"), ze zdumieniem usłyszałam, że czują się lustracją rozczarowani. Ale nie dlatego, że mają jej za dużo i uważają za zbyt nachalną, ale dlatego, że ich zdaniem jest nieskuteczna. To jest wszystko skłamane, to dopiero trzeba dojść prawdy. Tymczasem jakiś młody człowiek, autor artykułu o mnie, poucza, jak należało postępować z bezpieką. Jego na świecie wówczas nie było i nie ma pojęcia, jak w tamtych czasach i okolicznościach sam by postąpił." - komentuje Zanussi. Jak się okazuje, młodzi ludzie zgadzają się z nim bardziej niż zacietrzewieni rówieśnicy reżysera. Młode pokolenie czuje, że mieszka w kraju bezsilnych, zakłamanych dorosłych i otwarcie twierdzi, że stare metody - demonstracje, strajki i krzyki - nic tu nie zmienią.
Ale co zmieni? Nie znają odpowiedzi. Ich zdaniem, może kontakt z globalną wioską, oderwanie się od własnego podwórka, spojrzenie na nie z góry i ochłoniecie. Ta historia jest dla nich zbyt świeża i ruchliwa. "Powinniśmy ją spisać, póki mamy od kogo. Ale to chyba nasze wnuki, powinny ją oceniać". Na szczęście powoli na światło dzienne wychodzą wspomnienia, notatki i opowieści o młodych ludziach w latach 70' i 80' ubiegłego wieku. O ich idealistycznych próbach walki z systemem i twardym zderzeniu z rzeczywistością. To właśnie ich pokolenie uczy prawdziwej lustracji - opowiada o poniżeniu, lęku, sytuacjach niezwykle trudnych życiowych wyborów.
Nie wiem, jak powinno wyglądać rozliczanie się z przeszłością, ale historii nie da się przecież postawić przed sądem. Złość Andrzeja Muszyńskiego, który odmawia udziału w jej osądzaniu. "Niech mnie IPN zakuje w kajdanki i doprowadzi." - prowokuje. Z przeszłością tak bliską, a jednocześnie tak trudną, trzeba się najpierw oswoić, porozmawiać. Ale skromnie i po cichu. Bez lustracyjnego jazgotu...
Czytaj resztę...
wtorek, 17 marca 2009
Indie z krzyżem, czyli chrześcijanie orientalny
„Powołując się na źródła watykańskie agencja ANSA informuje, że autorem rozważań tegorocznej Drogi Krzyżowej w rzymskim Koloseum będzie ordynariusz archidiecezji Guwahati w Indiach, 72-letni Thomas Menamparampil, salezjanin.”
To drugi, po chińskim kardynale Zen hierarcha, którego głos w obronie praw chrześcijan do wyznawania własnej religii jest w Azji słyszalny. Wybór ten oznacza, że Watykan zaczyna zwracać się w kierunku kościołów Azjatyckich – w sama porę. Kościół indyjski przeżywa trudne czasy wbity pomiędzy hinduistycznych nacjonalistów a separatyzm muzułmański. Katolicy w Indiach to skromna grupa w skali kraju, ale znacząca w skali świat. Wszak 7% z sześciu miliardów stanowi 24 mln wiernych, z czego 18 mln to katolicy; dla porównania w Polsce, gdzie katolicyzm deklaruje ok. 90% mieszkańców, liczba ta oscyluje w okolicy 35 mln. Kościół katolicki Azję zaniedbał. Nie zmieniają tego delikatne ruchy w kierunku większej swobody w obrządku, sięgające XIX wieku. Nie pomaga moralne wsparcie. Realnie w świecie religii orientalnych chrześcijaństwo traci wiernych i coraz częściej staje się przedmiotami ataku.
Z historycznego punktu widzenia, chrześcijanie są integralną częścią Indii – zaszczepione jeszcze w I wieku n.e. w gminach żydowskich chrześcijaństwo rozwijało się w miarę swobodnie, kształtując własny rodzaj religijności, kompatybilny z indyjską kulturą i strukturą społeczną. Zależność kościoła indyjskiego od patriarchatów (najpierw Antiochii, potem Babilonu) była z początku czysto nominalna. Zmiany przyniosło pojawienie się Europejczyków, rzymskiej supremacji i zunifikowanego, łacińskiego obrządku. Dziś Indie mają 7 wielkich nurtów chrześcijańskich, z których tylko dwa powiązane są z katolicyzmem i wiele mniejszych odłamów i sekt. Koegzystują tu jakobici, nestorianie, protestanci, a nawet arianie i sekty pośrednie, połączone nieformalną umową o współpracy.
Kościół indyjski od lat apeluje o dialog międzykulturowy zachodu ze wschodem. Arcybiskup Menamparampil w swoich wystąpieniach na konferencjach w Watykanie często stara się podkreślać, że indyjscy chrześcijanie od lat starają się czerpać bliskie chrześcijaństwu wartości z buddyzmu czy konfucjanizmu. Wschodni hierarchowie lubią podkreślać, że modlitwa i medytacja wydaje się pokrewnym sposobem kontemplacji Boga. Przekonanie, które napawa lękiem zachodnich przeciwników orientalnej duchowości – radykałowie Europejscy mają w zwyczaju demonizować odwołania do wyższych stanów świadomości, jako iście szatańskie narzędzia.
Czytaj resztę...
piątek, 13 marca 2009
W Ayutthai święto słoni
Z jednej strony słoń - symbol Tajlandii, święte zwierze, duma narodowa. Z drugiej strony największy kłopot i troska Tajów. Chociaż biały słoń zniknął z tajskiej flagi, a jego zwyczajne odpowiedniki znikają z tajskiej ziemi, słoń jest pupilkiem i oczkiem w głowie mieszkańców tego buddyjskiego kraju. 13 marca obchodził swoje święto - karmiony owocami zamrożonymi w eleganckich kostkach lodu, kąpiący się w rzekach i dumnie spacerujący po ulicach dawnej stolicy Tajlandii, Ayutthai.
Słonie indyjskie, bo taki gatunek żyje w Tajlandii, są mniejsze i bardziej figlarne niż słonie afrykańskie. Mają mniejsze uszy i charakterystyczny "dołek" na czubku głowy. Rzadko który osobnik ma długie kły (jeśli już, to samiec), a ich skóra często pokryta jest zabawną, szorstką sierścią. Jak miałam okazję się przekonać, tajski słoń jest psotnym głodomorem, który lubi tańczyć i często się zagapia. Siedząc na jego wielkiej głowie czułam, że chciałby powąchać i posmakować cały świat. Świat, który pomimo jego grubej skóry i mocnej trąby, jest bardzo groźny.
Słoń zjada do 250 kg pożywienia dziennie. Nie jest wybredny, jednak żeruje tylko w bezpiecznych rejonach. Bezlitosne przepędzanie dzikich słoni z terenów rolniczych owocuje ich powolnym wymieraniem - słonie zaszyły się w górach, gdzie ich wbrew pozorom delikatna skóra nie chroni przed zimnem. Te, które żyją pośród ludzi niegdyś karczowały lasy, orały, budowały tamy i mosty, przewoziły żołnierzy, królów i podróżników. Służyły akrobatom, walczyły na arenie, ścigały się na wielkich polach Ayutthai.
Dziś tajskie słonie są już na emeryturze - jak tłumaczył nam opiekun słoni w obozie pod Chiang Mai. Teraz nie pracują, a tylko bawią turystów. Jednak z 150 tys. populacji w ciągu ostatnich 100 lat ocalało jedynie ok. 2 tys. wolno żyjących słoni. Nie pomagają obozy dla słoni i programy ochrony - Tajlandia traci słoniowe zaplecze.
Kilka lat temu słonie "przegnano" z Bangkoku - wielkie zwierzęta tarasowały drogi i powodowały wypadki na ulicach. Władze stolicy nie tyle wygnały uciążliwe zwierzęta, co odsyłały cierpliwie jedne z najświętszych zwierząt w Tajlandii na północ, w rejony dżungli i turystycznego trekkingu. Do dziś jednak można spokojnie spotkać słonia na przedmieściach Bangkoku - w dzień pozuje do zdjęć, w nocy ukrywa się wraz ze swoim opiekunem przed policją...
Częściowo to właśnie ci naganiacze są odpowiedzialni za zanik fauny - bieda zmuszała ich niegdyś do podkradania słoniowego potomstwa. A ponieważ słonie maja mało dzieci... Kilka lat temu pod hasłem ochrony zagrożonego gatunku słoniami z tajskiej dżungli zainteresowały się australijskie ogrody zoologiczne, które mimo protestów tajskich obrońców zwierząt próbowały wywieźć z kraju osiem sztuk. Udało im się, co stało się okazją do nakręcenia filmu dokumentalnego. O tym, czy to dobra metoda ochrony zagrożonego gatunku, powinniśmy rozmawiać dalej...
Dziś Tajowie z dumą prezentują słoniową tradycję - każda tkanina, rzeźba, bibelot ma wzory ze słoniowym ornamentem. Tajskie słonie graja w football, tańczą, malują, grają na instrumentach - dla turysty wszystko. Często jednak słonie są traktowane brutalnie, a my, jako turyści nie wiemy gdzie oczy podziać.
Cóż z tego, że słoń ma skórę twardą i odporną na siniaki. Ma też wspaniałą pamięć. Całymi latami potrafi żywic urazę, jak tłumaczył nam opiekun słoni. Bywa też złośliwy i lękliwy. Jeśli w jakimś miejscu stanie się mu krzywda nigdy już tam nie wróci. Czy w takim razie Tajlandia zasłużyła na utratę swoich słoni...?
Czytaj resztę...
czwartek, 12 marca 2009
Odkurzona "Ciocia Dobra Rada"
O narzekaniu, czyli:
Nie narzekaj częściej, niż chcą cię słuchać.
Wbrew pozorom jest to rada bardzo cenna. W moim życiu spotkałam sie z wieloma reakcjami na narzekania. Oprócz "zamknij się", "zrzędzisz" i wielu innych teksów zaliczających się do kategorii "nudzą mnie zrzędliwi ludzie", istnieje wiele gorszych ludzkich reakcji na narzekanie. Reakcji, które z pozoru tylko wyglądają na to, ze kogokolwiek to narzekanie obchodzi.
Reakcja pierwsza: "Mnie jest gorzej"
Każdy z nas zna takich ludzi. Po kilku minutach znajomości zaczynamy się ograniczać do stwierdzeń monosylabicznych. Ale i tak osoba "Mnie jest gorzej" będzie potrafiła wyłuskać z odpowiedzi "Pogoda jest zmienna" czterdziestopięciominutową opowieść o butach, które rozkleiły się w trakcie nawałnicy i złośliwie zepsuły wymarzoną randkę, podczas gdy delikwent został uwiedziony przez podstępną kelnerkę, która (uważaj) była grubsza ode mnie...!
W zamierzeniu tej osoby, udowadnia ci ona, że twoje życie nie jest tak tragiczne - bo przecież "Mnie jest gorzej". Klasyk gatunku, nazywany potocznie "leceniem w bidulę".
Na wypadek, gdybyś należał/a do tego typu, pozwól, że sprostuję: NIE JEST MI LEPIEJ. Jestem zła, wkurzona, że odebrano mi miejsce w rozmowie, że zalano mnie potokiem informacji, których nie potrzebuję i nie chcę, że zamiast rozmawiać ze mną, robisz monolog oraz że uważasz moje "nieszczęścia" za nie warte wspominania... Lecenie w bidulę nikomu nie pomaga. Nie ma większych krzywd niż moje własne - mówi mądre przysłowie. Dlatego z pewnością nie masz gorzej...
Reakcja druga: "Myśl POZYTYWNIE"
Jest to formułka, która wzbudza e mnie czysta agresję. Zaliczają się do niej wszystkie stwierdzenia typu: "Nie przejmuj się -ciesz się życiem", "Znajdź pozytywne strony tej sytuacji", "Zignoruj to, na pewno jutro będzie lepiej". Stwierdzenia, wtrącane zanim skończysz pierwsze zdanie, dobitnie świadczące o tym, że słuchacz kompletnie nie chce wiedzieć co masz do powiedzenia. Na wszelki wypadek nie dopuszcza do siebie żadnej negatywnej myśli, bo przecież myślenie pozytywne i codzienna afirmacja zapewnią mu sukces... Ewentualnie z założenia ignoruje wszelkie problemy na drodze życia, poruszając się dobrze znanymi, przetartymi szlakami rutyny...
Co widzi optymista na cmentarzu? Same plusy. Tym uroczym dowcipem podsumuję pozytywne myślenie. Nie żebym była jego wrogiem, ale mamy równouprawnienie, zatem nie można dyskryminować myślenia negatywnego. Zdrowa porcja narzekań łączy ludzi i pogłębia więzi. Oczywiście, podkreślam, zdrowa porcja.... Nie chcemy przecież być osobą "Mnie jest gorzej"...
Reakcja trzecia: "Och jej! To straszne!"
Teoretycznie jest to reakcja jak najbardziej pożądana... Nic bardziej mylnego. Reakcja "To straszne!" zakłada, że zanim skończysz wypowiedź, twój słuchacz rozpłynie się we współczuciu, aż do poziomu w którym poczujesz się jak idiotka lub ofiara losu. Będzie ochał i achał przy każdym zdaniu, wyciągał całą masę czarnych scenariuszy z rękawa i szukał okazji, żeby uronić współczującą łzę. Jednocześnie będzie żywił przekonanie, że okazuje ci wsparcie, oraz że potrzebujesz jego rady... Jednym słowem "Och jej! To straszne!" to odwrotna wersja "Mnie jest gorzej" - im tobie jest gorzej, tym ja się czuję lepiej. Bo moje życie nie jest już takie beznadziejne.
Reakcja czwarta: "Powtarzasz się"
Reakcja jak najbardziej słuszna (jeśli faktycznie się powtarzasz), ale bywa wybitnie dołująca. Otóż ktoś ci właśnie udowodnił, że masz wyjątkowo beznadziejne życie i na dodatek sama jesteś beznadziejna, bo nic nie potrafisz z nim zrobić. A wszystko to zawarte w pogardliwym, ucinającym dyskusję i lekceważącym zdaniu...
"Powtarzasz się" uchodzi na sucho tylko w bardzo bliskiej przyjaźni - i w tym kontekście zdrowo jest go używać. Ja bym dodała jeszcze może takie skromne "Pomyślmy jak to na przyszłość naprawić. Co proponujesz?" i dużo słuchania. Wersja jeszcze bardziej zaawansowana jest dostępna tylko dla terapeutów albo osób, które znają sie 30 lat i minimum dwa razy pokłóciły się śmiertelnie i pogodziły dopiero po półrocznym roztrząsaniu wzajemnych win. (Jest to taka wersja, która zakłada maksymalne wkurzenie narzekającego - tak żeby zaczął wrzeszczeć co zrobi tym wszystkim wrednym ludziom i jakimi przedmiotami. A potem zazwyczaj wszyscy płaczą lub się śmieją, a narzekający diametralnie zmienia swoje życie.... Ale to tylko teoria. ^^)
Reakcja piąta (nie ostatnia):"No i?"
"No i" to moje słowo-miecz. Zawiera się w nim cała kategoria wkurzających retorycznych pytań. Nic tak ludzi nie rozbraja jak rzucone lekkim tonem "Serio?", "Czyżby?", lub "No co ty powiesz".
Jak płachta na byka. Niewielu znam ludzi, którzy potrafią "No i?" puścić mimo uszu. Albo rozwodzą sie jeszcze bardziej, do stadium, gdzie rani ich sam kolor butów agresywnego szefa, albo zatchnięci oburzeniem wybuchają świętym gniewem.
"No i?" jest straszną bronią i nie radzę go nadużywać. Jednocześnie ludzi którzy sami używają go na nas powinno się unikać jak ognia. Inaczej będziemy się czuli jak bohaterowie psychologicznego eksperymentu na temat złości, albo jak przedszkolak, który stuknął się w kolanko i z płaczem przyleciał do wychowawczyni po całuska w siniaczek. Zapomniał bowiem, zże to nie mama... A jak wiadomo - nie każdy musi się nami tak przejmować, jak mamusia.
^^
Temat drugi: Sterczące włosy - czyli koszmar z ulicy Wiązów o poranku.
W kwestii uczesania jestem 100 % kobietą... To znaczy nie ma dnia, żeby mi się podobało!!!
Ok. Spokojnie. Przyjrzyjmy się faktom.
Wstałam rano i odkryłam że:
A. Nawet jak nie myję włosów na noc (raz obudziłam się z lokami zgiętymi pod kątem prostym!) to one i tak zmieniają kształt pod wpływem poduszki...
B. Wyglądają tragicznie
C. Nie mogę się rozczesać
D. Jakim cudem one się w ogóle kręcą jak na nich śpię!!!???
E. I tak nie mam czasu się czesać, więc założyłam chustkę na łeb i czuję się jak łemkowska babuszka....
Dobrze. Spokojnie. Wdech-wydech. Co mogę zrobić...?
Długie włosy czy fryzurki na pazia, a może jeżyk 0,5 mm i rzucić czesanie w cholerę... Grrr.
Spróbujmy dokonać kalkulacji:
Długie
(czyli takie, które dadza się związać)
Zalety:
1. Można je związać, upiąć, itp., zamiast czesać i układać
2. Faceci to lubią
3. Można unikać kontaktów z fryzjerem
4. Ładnie falują (o ile ma co falować)
Wady:
1. Wkręcają się w suwaki
2. Włażą do oczu, ust, jedzenia, itp.
3. Masakra z rozczesywaniem
4. Łatwo tracą fason
5. Upał wymaga specjalnych środków (koków, kucyków i zabiegów tym podobnych)
6. Pod własnym ciężarem rujnują każdy skręt
Średnio długie
(czyli takie, które jeszcze włażą w oczy)
Zalety:
1. Dobrze podcięte same się układają (rzadkość)
2. Zakładam opaskę, spinki i mam z głowy fryzurę
3. Wieczorowa fryzura wymaga jedynie nażelowania
4. Łatwo się rozczesują
Wady:
1. Kręcą się z byle powodu
2. Mają tendencje do odstawania pojedynczymi kosmykami
3. Trzeba je często myć, bo tracą fason od czapek, deszczu, potu, gorąca, spania, chodzenia, oddychania....
4. Codziennie ta sama fryzura
5. Nadal wchodzą w oczy, tylko są za krótkie, żeby je wepchnąć za ucho...
Krótkie
(czyli takie, które są raczej szczecinką)
Zalety:
1. Nie trzeba tak często myć głowy
2. Żel nie wygląda głupio
3. Zero układania
4. Można pomalować na dowolny kolor
5. Nie zdefasonują się pod czapką
6. Zero czesania i modelowania
7. Wymagają mniej kosmetyków
Wady:
1. Wyglądam jak facet
2. Zimno w głowę
3. Nie pasują do sukienki
4. ???
I co ja mam z tym zrobić...
^^
Czytaj resztę...
Antyfeminzm jest przereklamowany
Bo jestem z niego bezczelnie dumna ;)
Moja wersja feminizmu
Cytuję:
Nie oczekuję, że facet rzuci mi się do stóp z pomocą, ale wierzę, że na bazie subtelnego flirtu i obustronnej wymiany feromonów, załatwimy tą sprawę nieco męcząco dla testosteronu, ale jakże przyjemnie dla męskiego ego. Bo feminizm - wbrew temu, co nam owe „babiszcze" wmawiają - nie zwalnia nas z prawa trzepotania rzęsami, omdlewania i flirtowania dla własnych korzyści. Kobiety były i będą manipulować facetami.Polecam całość.
^^
Czytaj resztę...
piątek, 27 lutego 2009
Mieszkać, ach mieszkać!
Ponieważ z natury jestem HistEryczna i każdy mój wpis prędzej czy później zbacza w tym kierunku, oczywiście naszło mnie na mały research...
I tak: 10 najdroższych domów na świecie wg. magazynu Forbes robi naprawdę duże wrażenie. Szczególnie informacja, że za nr. 1 można kupić na brytyjskim rynku 450 całkiem przyzwoitych willi. Nic tylko się dorobić i inwestować w nieruchomości z fosą i kinem domowym na 300 osób. Mamy jeszcze podgrzewaną drogę dojazdową od bramy do drzwi wejściowych. Zaraz, zaraz... Po co podgrzewać drogę?! Kryzys energetyczny, a koleś sobie chodnik wykłada grzałkami.
Idźmy dalej: Nr. 2 jest w Aspen i jest na sprzedaż. Nie umiem jeździć na nartach, więc sobie daruję. Poza tym - marne 15 sypialni i 16 łazienek (na wypadek, gdyby ktoś z zewnątrz wpadł skorzystać, a wszyscy lokatorzy już swoje zajęli).
Numer 3. należy do Donalda Trumpa, który stworzył go remontując były dom opieki. Zdolny człowiek.
Dalej już jest nie mniej ciekawie: szczyt wieżowca, 9 metrowy (na wysokość) pokój gościnny, basen ze szklanym mostem...
Ostatnio w Indiach niejaki Mukesh Ambani buduje sobie kolejny drogi domek za około (bagatela) 2 miliardy dolarów:
Każde z 27 pięter zbudowano z innych materiałów i ma zupełnie inny układ pomieszczeń. Wśród nich jest m.in. amfiteatr na 50 osób, baseny, sauny zimne i gorące, siłownia, ogrody, tarasy i inne takie gadżety. Pierwsze sześć pięter to parkingi na wszystkie rodzinne i gościnne samochody. Na dachu oczywiście lądowiska dla helikopterów. Łączna powierzchnia domu to ponad 37 tys. m2. A domek zwany “Antilla” będzie jednorodzinny, bo miliarder będzie mieszkał w nim tylko z żoną i trójką dzieci. O takim drobiazgu jak prawie 600 osób obsługi nie wspominając.
Porażające. Ale cóż, to są Indie właśnie.
A jeśli o mnie chodzi, to rezyduję od wczoraj na 15 piętrze porządnego, PRL-owskiego bloku w centrum Warszawy. Wartość tego mieszkania nie bije z pewnością żadnych rekordów, ale jest miło, ciepło i panorama piękna. Chociaż z ironia pisze o drogich rezydencjach, w głębi duszy, jak każdy z nas, zazdroszczę odrobinę. Może nie metrażu (sprzątanie!), ocieplanej drogi (rachunki za prąd!), basenu (rachunki za wodę!), czy 9 metrowej jadalni (jak to oświetlić!?). Ale WŁASNEGO domu daleko od zgiełku, na własnej ziemi, w idealnym zakątku. Może jednak zarobie te miliony i kiedyś mój dom wyląduje na takiej liście...?
^^
Czytaj resztę...
piątek, 6 lutego 2009
"Wanna jest najlepszym przyjacielem kobiety"
Dzisiaj więc o tym, co każda kobieta lubi najbardziej - luksusowy relaks (za grosze).
Kąpiel z pianką
Do ekwipunku luksusowej kąpieli zaliczają się oczywiście świece, lody (z braku takowych cokolwiek innego co lubimy jeść; wersja męska zakłada, że zamiast jedzenia powinni wykąpać kobietę ;P). Ekhm.
No więc świece rozstawiamy naokoło wanny. Lody w zasięgu ręki. Włączamy nastrojową muzyczkę, sięgamy po luksusowe kosmetyki i nakładamy tu i ówdzie, razem z maseczką ze świeżych truskawek lub plasterkami kiwi. Do kieliszka (najlepiej też luksusowego) nalewamy jakikolwiek płyn który na daną chwilę sprawia nam przyjemność (kilka razy dla mnie to był kefir...). Również stawiamy w zasięgu ręki. Bierzemy książkę i zanurzamy się w luksusowej kąpieli, koniecznie okraszonej luksusowymi solami i olejkami...
No i marszczymy się na rodzynkę minimum dwie godziny...
Po wyjściu z wanny luksusowo robimy tylko to, co nam sprawa przyjemność i oddajemy się sennym marzeniom w puszystej pościeli.
Poranek będzie nie ten sam.
W końcu małe przyjemności tworzą prozę życia.
Bo: Któż mnie lepiej dopieści niż ja sama...
A dla niecnych miłośników prysznica - piosenka z dedykacją :)
Czytaj resztę...
czwartek, 4 grudnia 2008
Dlaczego te dokładane X lat temu mi się nie udało? Przyczyn było kilka - dom rodzinny, niezbyt zachęcający do hucznego świętowania, inne poglądy, inny charakter i w ogóle inne czasy. Ale tak sobie pomyślałam w głębi duszy - tańcząc salsę przy hiszpańskiej wersji przeboju Beatlesów - że w końcu mogę o sobie oficjalnie powiedzieć, że jestem dorosła. A to więcej niż stan wiekowy przeciętnego obywatela świata Zachodniego.
Spójrzmy prawdzie w oczy - jesteśmy bardzo dużymi dziećmi!
Oczywiście, jak na dziecko internetu przystało, zagooglowałam owo hasło "Dorosłe dzieci" i w pierwszej kolejności posłuchałam bardzo trafnej piosenki:
Tekst tutaj.
Zawsze zastanawia mnie, jak wiele o człowieku mówi jego pochodzenie, jego dzieciństwo. Określa skąd i jak daleko zaszedł do miejsca w którym stoi. Jak w starym buddyjskim przysłowiu: Wiem skąd przyszedłem, wiem dokąd idę, a więc wiem gdzie w tej chwili stoję. Ja obie te kwestie próbuję teraz rozwiązać, ale jedno wiem - gdziekolwiek zajdę, sama jestem za to odpowiedzialna. Pomimo trudnego dzieciństwa (DDA), zakrętów i różnych wypadków losowych sama odpowiadam za swoje życie. A to nie jest częste zjawisko - być może dlatego lubię się tym chwalić. Dzisiejsza rzeczywistość wychowuje ludzi uzależnionych od prostych, szybkich i pozbawionych odpowiedzialności rozwiązań. Słynny chwyt marketingowy "Tanio, szybko, sprawnie." jest zmorą codziennego życia. Jeśli nasze przyjaźnie, związki, relacje, doświadczenia nie są "tanie, szybki i sprawne" - tracimy zainteresowanie, odcinamy się, przestajemy próbować coś naprawiać. Szukamy nowej zabawki, która obiecuje, że: "tanio...".
Nie mamy w zwyczaju szukac samodzielności, wychodząc z założenia, że nasze "bezstresowe" wychowanie nakłada na naszych rodziców obowiązek ułożenia nam życia (" I żeby jeszcze było szczęśliwe! Pamiętaj mamo!". Przeczytałam niedawno anegdotę, która mnie do tego artykułu zainspirowała:
W artykule "Wszyscy jesteśmy niedojrzali" możemy przeczytać:Przychodzi mi na myśl historia młodzieńca, który uparcie, rok w rok, przychodził do ojca z pytaniem, czy jest wystarczająco dojrzały, żeby opuścić dom rodzinny i zacząć własne życie. Odpowiedź była za każdym razem taka sama: - Nie, synu, nie jesteś jeszcze dojrzały.
I tak mijały dni, miesiące, lata. Syn wydoroślał, zestarzał się, a mimo to otrzymywał wciąż tę samą odpowiedź. Gdy ojciec znalazł się już na łożu śmierci, pełen żalu syn zapytał wreszcie, dlaczego ten zmarnował mu życie i nigdy nie pozwolił opuścić domu, założyć własnej rodziny. Dlaczego zawsze sądził, że nie jest dostatecznie dojrzały?
Odpowiedź była prosta: - Gdybyś był wystarczająco dojrzały, nie pytałbyś mnie o zgodę, sam podjąłbyś decyzję.
Kultura dziecinnieje, stając się pożywką dla wszystkich młodych duchem bez względu na wiek. Myszka Miki na koszulce dojrzałej kobiety czy 30 letni "chłopiec” przed PlayStation doskonale obrazują bilans kulturowych przemian.Dalej następuje definicja pojęcia KUDULT - połączenie słów kid (dziecko) i adult (dorosły). Wspomniany w artykule syndrom Piotrusia Pana - aktualnie specjalistyczne pojęcie w psychologii - jest jednym z powodów, dla których nie zdecydowałam się jeszcze na życiowego partnera. Może faktycznie (jak stwierdza artykuł) współczesne mi pokolenie trzydziestolatków zrobiło sobie z początków dorosłej egzystencji rekompensatę za brak zabawek i czekolady w dzieciństwie. A może to komunizm wychował nas w przeświadczeniu, że odpowiedzialność powinien przejąć ktoś z wyższej władzy, a nam pozostaje jedynie rościć oczekiwania... Przekonanie, że "nam się należy", że "inni mają lepiej - pewnie nieuczciwie", że "albo będzie nam dane, albo się zbuntujemy" króluje w głowach trzydziestolatków, ale i późniejszy wiek nie stroni od tego poglądu. Jakkolwiek uważam, że los emeryta w Polsce jest nie do pozazdroszczenia i słusznie złości ich odbieranie im prawa do godnej starości, tak już roszczenia wszelkiego kalibru uważam za dowód zdziecinniałości.
Demonstracje, protesty, lamenty - to wszystko reakcje na poziomie pięciolatka. Dorosłe zachowanie zakłada postawienie warunków, przedstawienie naszego punktu widzenia na ich spełnianie - w tym, niestety możliwe metody osiągnięcia tego spełnienia, a na koniec konsekwentne egzekwowanie umowy. Jako społeczeństwo i jako dorosła jednostka jesteśmy do tego zdolni. A także zdolni jesteśmy do zaakceptowania cudzych ograniczeń i zadbania samodzielnie o nasze potrzeby. Może i świat nie jest uczciwy, ale to od nas zależy, co w nim możemy zmieniać...
Z drugiej strony - mamy wiele powodów, żeby uciekać od dorosłości. Pierwszym z nich może być fakt, że wyrwała się z jasno określonych ram i faluje przed nami na wietrze konsumpcjonizmu i infantylizmu naszej codzienności. Prawdziwa miłość po prostu się romantycznie zdarza, zamiast być efektem dojrzałego wyboru i - przyznajmy to szczerze - ciężkiej pracy nad rozwojem własnym i nad związkiem. Jednak romantyczne komedie kreują w nas przeświadczenie, że jeśli pojawiają się trudności, to miłość nie jest prawdziwa i pełna - bo miłość, to źródło niegasnącego uczucia szczęścia, a nie brudne skarpetki, codzienne zmęczenie i nieuniknione życiowe konflikty. Tak samo fortuny, sukcesy i inne rzeczy o których marzymy w skrytości ducha możemy w każdej chwili wygrać lub cudem osiągnąć, zamiast ciężko i długotrwale wypracować - takie "od zera do bohatera". Zniknęło społeczne przekonanie, że miarą dojrzałości jest jakość i skuteczność naszych dokonań. Że rodzina, status i majątek wynikać muszą z naszego trudu, a nie z chwilowego kaprysu losu. Wolimy czekać na cud, na wymarzonego księcia lub szóstkę w Lotto, niż zakasać rękawy i przejąć ODPOWIEDZIALNOŚĆ za własne życie. Ja sama wciąż oglądam się za siebie w trudnych chwilach, marząc, że ktoś mnie "uratuje" - zabierze wszystkie problemy, pokocha i ułoży na miękki puchu do końca życia.
Wiele mogłabym napisać o moim rozczarowaniu dorosłością - wygląda na to, że jest to miejsce dość samotne i trudne do obronienia. Powinnam chcieć pieniędzy, zabawek, zaspokajania próżności, zależałych dziecinnych potrzeb i wygórowanych oczekiwań. Za sam fakt że jestem nie należy mi się wszelki komfort życia - świat jest w tej kwestii dość sprawiedliwy. To jaka jestem określa co dostaję, Jeśli żyję dziecinnymi iluzjami, nie dostaję nic realnego - tylko zabawki, poczucie oderwania od rzeczywistości, płynięcia na fali, odurzenia.
Dorosłość stawia mnie na pewniejszym gruncie - wśród ludzi, których mogę realnie chwycić za rękę, kiedy mi źle lub się boję, w świecie możliwości, które pozwalają mi samej kształtować swój los, w świecie namacalnych osiągnięć i realnego uczucia szczęścia. Czasem to szczęście wydobywa ze mnie beztroskie dziecko - ale tylko dlatego, że jako dorosły troszczę się o tą część siebie, tworząc jej bezpieczne warunki do bycia dzieckiem. Bo jedyne co łączy nasze dorosłe dzieci to wspólny strach przed okrutnym światem, który nigdy nie pozwolił im poczuć się bezpiecznie. Więc jak my sami - jako dorośli - możemy zapewnić komukolwiek bezpieczeństwo?
Cóż, próbujmy.
Czytaj resztę...
poniedziałek, 17 listopada 2008
Epitafium dla poprawnej polszczyzny...
Moje boje o język polski zmęczyły mnie i zniechęciły. Kopię – mocno skruszoną i nadgryzioną zębem nieprzyjaznej semantyki – chowam głęboko do szafy. A to dlatego, że zamiast tego:
Wiem, że to mocno po czasie, ale dopadła mnie refleksja – normalnie udziela mi się. Jasny gwint, lelum polelum – udziela mi się rynsztokowa retoryka! Może za dużo czasu spędzam w dziwnych towarzystwach ludzi, dla których inwektywy to powszechnie akceptowana forma przecinka. A może odezwała się we mnie dusza buntowniczki, która nie chce już być dobrze ułożoną dziewczynką. Klnę jak szewc, jednym słowem!
I to nie tylko wtedy, gdy jest to w pełni uzasadnione – w ogóle, za dużo przeklinam, ciągle. Jeszcze zacznę mówić „fajnie” i to będzie już koniec. Lelija biała, sztywne mankiety i dębowa skrzynka pod murawą… Zginie moja troskliwie pielęgnowana miłość do wierszy Kofty, dykcji Przybory i poczucia humoru Michnikowskiego czy Kobuszewskiego. Zginie podziw dla prostoty języka u Terakowskiej, elokwencji Hanki Bielickiej, czy nienagannego błysku oka Ireny Kwiatkowskiej. Umrze wyhodowane na Kabarecie Starszych Panów, Dudku i Dialogach na cztery nogi głębokie uczucie do poezji absurdu i urody dwuznaczności języka… Zostanie mi jeno „za****cie fajnie
„Bo we mnie jest seks, co pali i niszczy
Tysiące już serc, wypalił do zgliszczy…”
Ja chcę spotkać na swej drodze poetę jak Kofta, co by mi językiem Przybory (czysto polskim wierszem) pisał jak dojechać do Centrum Handlowego Janki, chcę przy herbacie i z wdziękiem, jak Hanka Bielicka zachwalać proszki na wątrobę i bez zażenowania opowiadać (jak Holoubek), jak mi garderobiana przyklejała uszy taśmą klejąca, bo się nie mieściły pod peruką…
Czasem mój smutek rozwiewa się, gdy młodzi ludzie (tacy co jeszcze mają lat -naście) nienaganną polszczyzną zachwalają walory swojej koleżanki Ani, nie używając przymiotników powszechnie używanych za obraźliwe, a jedynie zabawnych gier słów w jakie obfitują inteligentne gwary młodzieżowe. Otóż Ania jak się ucieszy ma: "Taki błysk w sobie, jakbyś z halogena pstryknął diamencik". Niekiedy: "Rzuca takie słówka, że to nie wiesz czy zabrykać, czy się położyć Gołotą". I ma tą zaletę, że: "Żadnych dodatkowych gadżetów nie wymaga - jakbyś miał full wypas z gwarancją na całe życie".
W takich jakże odosobnionych momentach czuję, że jest jeszcze jakaś szansa dla polskiego języka. Może ci ludzie czytają książki? A może ich też nudziło bombardowanie ludźmi nijakimi, których jedyną wyrazistą cechą jest absolutnie pozbawione wyrazu słownictwo...
Oby, moi drodzy. Z całego serca - oby!
A na pożegnanie - mój faworyt ^^ Moje motto życiowe i majstersztyk literacki. Ladies and Gentleman, and all people between this two kinds...
Oto TANIE DRANIE
Czytaj resztę...
wtorek, 28 października 2008
Prawo do Orgazmu
Napotkawszy w swym życiu kulturalnym tą piosenkę (dzięki serdeczne dla Wiewióra za inspirację), postanowiłam przyjrzeć się bliżej tematyce. W końcu Orgazm (duża litera zamierzona, w odróżnieniu od orgazmu, który bywa czasem udawany) jest w życiu, nie tylko seksualnym, bardzo ważny. Ale na przyjemny początek postanowiłam rozejrzeć się po sferze intymnej.
Nie tak dawno temu obiegła świat informacja, że Ekwadorska deputowana Maria Soledad Vela chce wpisania prawa do orgazmu do konstytucji swego kraju. Powody są liczne – po pierwsze szowinistyczne traktowanie kobiet jak sprzętu domowego, czy świadome ignorowanie ich potrzeb (słynne „zarobił swoje w trzy minuty, a potem odwrócił się na drugi bok i zaczął chrapać”). Takie niezadowolone z pożycia kobiety mogłyby, zgodnie z pomysłem tejże deputowanej, dochodzić swoich praw do orgazmu sądownie. Jaka byłaby kara za łamanie prawa do kobiecego orgazmu – tego gazety nie podawały.
Abstrahując od tego dziwacznego skądinąd pomysłu, prawo do orgazmu stało się hasłem marketingowym stulecia. Każda okłada kobiecego (i nie tylko) pisma krzyczy do nas o technikach seksualnych, które jego i mnie doprowadzą do szaleńczej rozkoszy. Tylko po co?
Badania mówią, że w Polsce około 11 procent aktywnych seksualnie kobiet nie przeżywa w ogóle orgazmu. Dlaczego? Głównie dlatego, że nie wiedzą jak. Świadome swojego ciała kobiety nie polegają na telepatii partnera, tylko wyjaśniają o co im chodzi. Z drugiej strony – wyścig o to, która głośniej krzyczy, mocniej drapie i częściej płacze zdominował dyskusje o równouprawnieniu. Po co nam feminizm, jeśli nie mamy za każdym razem orgazmu? – zdają się pytać owe tajemnicze gazety „dla kobiet”. I tu z pomocą przychodzi Internet.
Czasem zdarza mi się wpaść na dobry artykuł na serwisach religijnych. Ostatnio temat seksu pojawia się i na nich. Przyjrzyjmy się pewnej wypowiedzi na serwisie www.opoka.org.pl:
Gdy zaczęto mówić o prawie kobiety do zadowolenia ze współżycia seksualnego, utożsamiono je z prawem do orgazmu. Po prostu przeniesiono na kobiety model przeżywania aktu małżeńskiego przez mężczyzn! (Niektórzy współcześni seksuologowie mówią, iż stało się tak dlatego, że na początku nauką tą zajmowali się wyłącznie mężczyźni). Wyrządzono przez to dużą krzywdę wielu kobietom, wprowadzając je w zupełnie niepotrzebne kompleksy i frustracje.
Trafnie, czyż nie?! Nie zgadzam się z tezą, że muszę mieć orgazm. Wolę mieć satysfakcję – bo w przeciwieństwie do seksu u mężczyzn, u kobiet nie jest to tożsame (acz jedno i drugie bardzo przyjemne). Jak każda kobieta, która swoje życie intymne traktuje poważnie wiem, że orgazm jest w seksie sprawą drugorzędną po, nazwijmy to: emocjach (sic!). Owszem – nie zaprzeczę – jest w seksie rzeczą najfajniejszą szczytowanie, o ile towarzyszy całej reszcie smaczków intymności… Podobno im częściej kobieta ma orgazm ze swoim facetem, tym mocniej się zakochuje. Dlatego popadamy w uczucia do facetów z którymi usiłujemy „tylko sypiać”. Jeśli są otwarci na nasze potrzeby i „dobrzy w te klocki”, to po prostu ich za to kochamy. I tutaj, w moim research’u internetowym dotarłam do ciekawego artykułu o seksie w islamie. Otóż:
"Zalecane jest, aby mężczyzna pieścił kobietę przed stosunkiem, aby ją podniecić tak, aby miała ona tyle samo przyjemności ze stosunku jak on... A jeżeli osiągnie szczyt przed nią, niewskazane jest, aby zakończył stosunek zanim ona osiągnie szczyt..., gdyż może to jej szkodzić i uniemożliwić zaspokojenie jej pragnienia".
Ibn Qudamah (rahimahullaah)
„Nikt nie powinien posiąść swojej żony jak zwierzę; niech na początku swoją rolę odegra posłaniec. Zapytali Mahometa: ‘A co jest tym posłańcem?’. Mahomet odparł: Pocałunki i słowa".
Mahomet
Czemu ludzie zachodu wierzą, że w Islamie nie ma miejsca na seks? Czy noszenie zasłony i skromność muzułmanek zaprzecza ich prawu do orgazmu? Oczywiście, rozmaite odłamy tej religii skupiają się na mnożeniu zakazów, ale Koran bardzo dokładnie określa prawo kobiety do przyjemności i komfortu w życiu seksualnym. Dyktuje prawo obu stron do wzajemnego szacunku, szeroko otwiera bramy do eksperymentów (acz nie na oścież…) i pozwala uczyć się siebie nawzajem.
Orgazm w życiu intymnym to nie jedyna forma satysfakcji jaką mogę mieć na co dzień. „Każdy ma prawo do orgazmu, / orgazm to fala entuzjazmu. / Każdy ma prawo do orgazmu, / orgazm wyzwala od marazmu.”
Hmmmm… A co jeszcze w życiu sprawia, że krzycze z radości? Wszystko, co mi sprawia przyjemność. Jak to się mówi – jest orgazmiczne?
^^
BTW: Żeby nie było - wszystkim życzę orgazmu w życiu intymnym, zawodowym, rodzinnym i po prostu w Życiu. ;)
Czytaj resztę...
wtorek, 21 października 2008
Bretończyk po fasolsku
»A jednak żeglarze nie byli szczęśliwi. Co który spojrzał na nazwę fregaty, to aż pluł niegrzecznie do wody, czego ryby bardzo nie lubią, zwłaszcza złote i latające. Na burcie był napis „Kaczy Kuper”. Kto chciałby pływać na „Kaczym Kuprze”, choćby i najpiękniejszym? Jak trudno będzie znieść kpiny kamratów z innych statków! A do niedawna ich fregata nazywała się przecież całkiem przyzwoicie: „Pierś Łabędzia”. Ale kiedy dowództwo objął kapitan Ocet, zaraz kazał zmienić nazwę i jeszcze śmiał się cienko jak brzytwa, chociaż załoga płakała rzewnie. Z takich łez marynarzy robią się w morzu perły, natomiast kiedy płaczą po rozbitej butelce rumu, lęgną się rekiny.«
No – ale poczytajcie sami ;)
Nie zapominajmy przy tym, że wszystkie te historie pochodzą z czasów przed pokemonami, mangami i roboto-samochodami. Bez wszechmocnych smoków, magii, podróży w czasie, wybuchów tajemniczych energii, ufoludków, komputerowych sztucznych inteligencji, specjalistycznych sztuk walki – ot, z wyobraźni, zabawy słowem i armaty na arbuzy powstała idealna opowieść dla dzieci (i dorosłych, jak widać). Nie ma dziś na rynku dla mnie książki dla dzieci, którą byłabym bardziej zachwycona. Wszystkie Kubusie i Anie się nie umywają. Fantastyczne historie z morałem? Skomplikowane sensacyjne intrygi? Henryk Garncarz i tajemnica czegokolwiek? A pfuj.
Dla mnie najcenniejsze są książki z którymi można się śmiać. Nie Z KTÓRYCH, ale Z KTÓRYMI. Bawić się tekstem, wyobraźnią. Bo kiedy wszystko jest bajkowe, błyszczące i rozbiegane, dziecko jedynie podąża za błyskami i ruchem. Ale kiedy wszystko jest znane, proste, a jednocześnie prowadzi inny od utartego schematu żywot, jakże wiele można sobie wyobrazić. Armata na arbuzy, gniazdo na głowie, szabla owinięta promieniem słońca, czesanie grzyw fal grzebieniem, łuskanie batalistycznego grochu… Czemu nie pamiętam jak się nazywał ten żółty pokemon, a pamiętam, że Rabarbar nazwał swój statek piracki Nieustraszony Krwawy Mściciel Pogromca i Postrach. Co jest więc dla mnie cenniejsze? Nie wyrzucę tej książki nigdy i będę ją czytać swoim dzieciom.
A wszystko to piszę dlatego, że Rabarbar doczekał się reedycji. Tym razem nie dokonano barbarzyństwa, jak przy Scenach z życia smoków i oryginalne rysunki Lutczyna zostały na swoim fenomenalnym miejscu. Bo Rabarbar bez Lutczyna jest tylko słowem z dużą ilością „a” i „b”. Jasne, proste w budowie rysunki roześmianego, brodatego i rumianego pirata, jego pięknej żony Barbary (prawdziwej kury domowej, ale za to z charakterkiem – to jednak bardzo szowinistyczna bajka, ale co tam), psotnego syna Krzynka (a później córki {Pir}Ani) i kapitana Octa z kwaśną miną. Nie przemawiają do mnie ani krzykliwe róże i zielenie z kreskówek, ani mnogość błyskających i ruszających się bibelotów - to wszystko jest niczym wobec dziecięcej wyobraźni!
A wszystko dlatego, że w czwartek jadę do Krakowa na targi. Ściskając pod pachą mój sfatygowany, najstarszy egzemplarz Rabarbara mam zamiar stanąć w kolejce do stoiska, gdzie Edward Lutczyn będzie nowe wydanie podpisywał. Wtedy podetknę mu stare wydanie i filuternie spytam: „A można na starszym egzemplarzu prosić autograf? Nie rozstanę się z nim do śmierci. Obiecuję.”.
^^
Czytaj resztę...
piątek, 17 października 2008
Śpij, kochanie, śpij....
"Z utęsknieniem spojrzała na łóżko. Cień zasłon zmieniał kolor prześcieradła na lekko różowy, gładka powierzchnia odbijała lekko światło. Satynowa koszulka muskała podłogę falującym w podmuchach przeciągu ramiączkiem. Z trudem odwróciła głowę od kuszącego lekko wgniecionego śladu na poduszce. Nie było czasu.
Nie było czasu na sen… „
To motto przewodnie jakiegoś kawałka mojego życia straciło na aktualności… Teraz już czas na więcej snu, mniej młodości. Trzydziecha z a progiem… Ale ja nie o tym.
Mnie biega o to, że potrzebuję snu, jak kania dżdżu, ale nie umiem na niego znaleźć czasu. Romantyczna wizja, jaką zaczynam ten post, jest u mnie codziennym zjawiskiem. Budzę się rano – w okolicach szóstej, chwytam dzwoniącą budzikiem komórkę i wpycham pod poduszkę, zaznaczając opcję „drzemka”. Mam dziewięć minut, co by tu… zzzz…. Cholera, znowu budzik. „Drzemka”. No trzeba by wstać, chyba zaraz… zzzzz…. Nie no, co z tym budzikiem, przecież wstaję. Dobra, wyłączam. Zaraz wstanę… Zzzz…. No dobra, miałam… Cholera Siódma piętnaście?! Jakim cudem? Ale dlaczego?! Szlagszlagszlagszlag… A może jeszcze dwie minu… Nie, no trzeba wstać! No dobra. Spokojnie… I raz! Dupa. Znaczy nie udało się, dobra – jeszcze raz… Hej ruuup. Stoję. Jak miło. Która godzina? ZA DWADZIEŚCIA ÓSMA!??
I tak every morning... Zastanawiam się, czy, zgodnie z mottem „wyśpię się po śmierci”, nie umrę pewnego dnia z niedoboru snu. Kiedyś mogłam dwie doby stać na nogach i lekko tylko mnie oczy piekły. Teraz regularnie jestem do tyłu o jakąś porcję snu. Następuje powolna kumulacja, której nie pokrył nawet dwutygodniowy urlop i zaczyna mnie wykańczać świadomość, że albo zacznę żyć jak Amisz, albo deficyt będzie narastał.
Nie umiem się wyrzec ani studiów, ani znajomych, ani koncertów, ani cotygodniowego unikania kontaktu z ludźmi w Paradoksie, ani wieczornego prania, gotowania i załatwiania spraw istotnych. A teraz jeszcze doszła potrzeba zaopiekowania się kimś bliskim…
Czeka mnie samotna walka z budzikiem, wieczna tęsknota za pościelą i przeświadczenie, że nie jestem wszechmocna. Kryzys wieku średniego, jak w mordę strzelił…
"W tłumie ludzi czuła się obco. Wszyscy oni podobni byli do miękkich poduszek, które wabią zmęczoną głowę wędrowca. Ale wędrowiec wie, że jeśli skusi się ich miękkością, okłamią ją. Obudzi się za późno, prześpi coś ważnego i straci cenny czas. Jednak myśl o śnie nie opuszczała jej nigdy. Jak mantrę powtarzała „wyśpisz się po śmierci” i nie wiedzieć czemu znikała coraz bardziej…”
Czytaj resztę...
czwartek, 16 października 2008
Taniec - międzynarodowy jezyk przyjaźni wystukiwany nogami.... - J.Kofta
A ten pan jest moim chwilowym idolem!
:)
Historia Matta jest prosta – pracował kilka lat, zarobił dużo pieniędzy i zaczął zwiedzać świat.
W każdym odwiedzonym miejscu kręcił filmik na którym tańczył… I każdy w tle tańczył razem z nim.
Dla mnie to dowód, że wciąż można wymyślić coś unikalnego, ciekawego, ujmującego i naprawdę dającego radość bez używania wybuchów, animacji komputerowej czy skomplikowanych chwytów marketingowych.
Taniec jest przesłaniem uniwersalnym. A ci, którzy się znają (albo i nie, akurat tutaj to bez różnicy) zauważą, że Matt w zasadzie nie umie tańczyć. A oglądalność ma lepszą niż
Taniec z Gwiazdami… ;)
Czytaj resztę...
środa, 15 października 2008
Sceny z życia smoków
“Wincenty podrapał się po głowie. Głowę miał niewielką i całkiem łysą. Oba smoki były tłuste, z dużymi brzuchami i gdzieniegdzie wyrastały im kłaki zielonych włosków, a na brodach miały brodawki. Każdy z nich miał zawieszony na szyi termos z zupą ogórkową.”
"Sceny z życia smoków" Beaty Krupskiej (tu pełny tekst bajek)to moja najukochańsza książka z dzieciństwa. Żaba i zupa ogórkowa, oraz łysy pies z saksofonu towarzyszą mi całe życie. Toruński smok i tytuł, jakim obdarzyłam zdjęcie poniżej bloga świadczą same za siebie. Smoki są i pozostaną w moich myślach.
Uprzedzam, że zrozumienie tego tekstu wymaga znajomości książki (a uważam, że nie ma na nią ludzi za starych ;D).
„Na polanę wszedł smok. Miał różową grzywkę, długie fioletowe włosy związane na karku w ogonek, na szyi termos, a na ramieniu saksofon. Był spocony i bardzo niezadowolony. Spojrzał na oba smoki leżące w cieniu i spochmurniał jeszcze bardziej.
- Ile jest 36 razy 36? - zaryczał ponuro.
- Nie wiem - bez namysłu odpowiedział Antoni.
- Tak, on nie wie naprawdę - dodał Wincenty Smok.
- Dobra odpowiedź - zagrzmiał z zadowoleniem trzeci smok, usiadł na trawie obok nich i zaczął grać na saksofonie. Po chwili przerwał i powiedział: - Możemy zostać przyjaciółmi. Zawsze przerażały mnie smoki, które wiedziały, ile jest 36 razy 36. Taką wiedzę uważam za dowód braku wyobraźni.
- Ale my nie mamy wyobraźni - zaprotestował Antoni. - Nie potrafimy sobie wyobrazić niczego, czego nie zobaczymy lub nie pomacamy.
Trzeci smok pograł przez chwilę na saksofonie, a potem zapytał:
- A możecie sobie wyobrazić moją muzykę?
- Tego nie trzeba sobie wyobrażać. Przecież ją widać - mruknął Wincenty Smok. - Jak zaczynałeś grać, to było widać pomarańczowe motyle skaczące po grubym, miękkim materacu, potem zielone nietoperze opalały się w hamakach, a na końcu przyleciał Łysy Pies, zakaszlał, wypił butelkę oranżady i zaczął się głośno śmiać, i wtedy wszystko zniknęło.
- To prawda, tak było - potwierdził Antoni. - Sam widziałem.
Trzeci smok poderwał się na łapy, skłonił głowę tak gwałtownie, że mu się różowa grzywka rozwiała nad czołem i powiedział:
- Nazywam się Smok Zygmunta i mam zamiar zostać waszym dozgonnym przyjacielem, czy tego chcecie, czy nie.”
Smoki są... smokami. W tej historyjce nie symbolizują niczego. Są sobą - i to sobą indywidualnym. Na kanwie tej indywidualności umieją się spotkać i porozmawiać. I tyle, jeśli chodzi o jakieś dydaktyczne głębie.
„- Dobra odpowiedź - stwierdził Smok Zygmunta i zaczął grać na saksofonie. Tym razem Łysy Pies pojawił się tylko na chwilę, ale zobaczywszy groźne spojrzenie Antoniego, zaraz zniknął. Na jego miejsce przybiegły myszy z różowymi brzuszkami, ustawiły się w pary i zaczęły śpiewać kołysanki. Kołysanki były tak piękne, że smok Antoni i Wincenty Smok od razu usnęły. Smok Zygmunta grał dalej, po chwili pojawił się znów Łysy Pies, tym razem pewny siebie, bo Antoni spał. Przyniósł ze sobą grzebień i zaczął czesać śpiewające myszy. Gdy uczesał już wszystkie, Smok Zygmunta przestał grać, wszystko zniknęło i Smok Zygmunta zasnął. Łysy Pies co chwila wysuwał łeb z saksofonu i ciężko wzdychał, żeby pokazać, że jest mu bardzo smutno. Stary dąb szumiał nad smokami, a jego liście wyglądały jak zielone nietoperze.”
To, co mnie ukształtowało poprzez te opowiastki, to niesłychany poziom abstrakcji i pewien sposób myślenia. Smok Antoni z zupą ogórkowa w termosie na szyi, jazzowy Smok Zygmunta, Żaba w sukience, Chenia w koronkowym żabocie, Łysy Pies mieszkający w saksofonie.... Moja wyobraźnia i rysunki Lutczyna (bo nie uznaje nowej wersji graficznej z 1998 roku) zbudowały obraz smoków, z którymi chce się spędzać czas. Indywidualności, ale i outsiderów. Czyli ogólnie rzecz biorąc – typów, którymi zawsze się otaczałam. Z biegiem lat wracałam – już jako poważny historyk, dorosła (sic) osoba – do scenek i czytałam je z niemniejsza przyjemnością (choć dziś wydają się krótsze). Kurcze! Przecież smoki tak naturalnie zaakceptowały żabę, która była nieznośna, zakompleksiona i złośliwa. Więcej – potrafiły do niej zagadać w taki sposób, że całkiem sensownie się z nią rozmawiało! Chenia pozbyła się manieryzmu, a Łysy pies w końcu polubił Antoniego… Całkiem jak w moim życiu.
Znalazłam swoje smoki. Naprawdę poczułam ulgę, bo myślałam, że to ze mnie taka Żaba niekumata jest, a to tylko byli niewłaściwi ludzie ;) Czasem będę o nich pisać, bo są ważne, te moje smoki. Nie są outsiderami, bo smoki Krupskiej też nie były. Po prostu należały do innego świata – świata smoczych zasad, łysego psa i zielonych nietoperzy. Mojego świata. Bo nie zgadzam się na świat popkultury jaki mnie otacza – jestem jak Smok Zygmunta – wolę nie wiedzieć ile jest 36 x 36….
Czytaj resztę...
wtorek, 14 października 2008
Literackie CV - trzy słowa
bo są czerwone
jak nos popa w zimowy poranek
gdy cerkiewny mróz
owiewa chorały
w ich dialogu z ikonami.”
Ten wiersz napisałam w pracy po odebraniu pierwszego maila od mojego nowego wykładowcy. Dostaliśmy zadanie napisania swojego literackiego CV. W wyznaczonych podyktowanym formularzem ramach mieliśmy określić skąd pochodzimy, co reprezentujemy i co jest ważne. Krytyka – a w zasadzie ocena tego co napisałam – zamknęła się dla p. Wojciechowskiego w trzech słowach: poziomki, cerkiew, dialog.
Dlaczego te trzy? Nie wiem. Ale wiem, że są ważne. Jednym słowem - utrafił. Teraz mogę się im przyjrzeć.
Poziomki.
Słowo które jest dla mnie synonimem jedynego ciepłego wspomnienia z dzieciństwa. Tata. To były góry stołowe, Rościszów, pensjonat i rezerwat przyrody. Codziennie na śniadanie tata zrywał mi na zboczy poziomki. Jedyny raz byłam tak szczęśliwa. To też moje jedyne zdjęcia z dzieciństwa… Jedyne jakie mam.
Poziomki do dziś kojarzą mi się z czymś ważnym, z jakąś celebracją i wewnętrznym szczęściem. Są też luksusem i czymś, o co trzeba się starać i drogo kosztuje. Ot, synonim mojej trudnej relacji z tatą…
Cerkiew.
Dlaczego cerkiew? Nie wiem. Ot tak o niej napisałam – spokój i mistycyzm cerkiewnego wnętrza bardzo mnie zawsze poruszał. Cerkiew jest strojna, ceremonialna, ale i mistyczna, duchowa, bardzo emocjonalna. Wychodzi poza ramy odtwórczej religii i skłania się ku duchowemu doświadczaniu.
Kiedyś czytałam, że spowiedź prawosławna odbywa się pod chustą – pop zakrywa mnie i siebie kawałkiem materiału i zadaje pytania: czy zgrzeszyłeś tak a tak. A ja odpowiadam sobie i Bogu. Nie ma rozgrzeszania, „idź i nie grzesz więcej”. Jest wewnętrzne pojednanie z własną winą, może też decyzja jak naprawić zło i uniknąć go na przyszłość. Wszystko jest pomiędzy mną a Bogiem, a duchowny pośredniczy jedynie symbolicznie. Dużo bardziej przemawia do mnie spowiedź w której żaden człowiek nie poddaje mnie ocenie przez pryzmat własnych ograniczeń.
Może dlatego cerkiew – szukam w Religi mistycyzmu i duchowego doświadczenia.
Dialog.
Dialog jest formą poznawania drugiego człowieka. Uważam, że dzisiejszy świat za dużo mówi, za mało słucha. A bez słuchania nie ma dialogu. Wiem, bo też nie umiem słuchać. Pratchett napisał kiedyś, że ludzie nie wychylają nosa poza swoją głowę, a największym szaleństwem nie jest umysł pełen tajemniczych głosów, ale umysł w którym odbija się tylko jeden głos – mój własny. Niezbita pewność o słuszności mojego zdania jest największym z możliwych szaleństw. Tak musiał postrzegać świat Hitler i Stalin. Widzieli tylko swoje racje, nie potrafili rozmawiać.
Dialog to wymiana myśli i emocji. WYMIANA. Czyli bez oceny, bez lęku i manipulacji. Druga strona musi mieć szansę na odpowiedź, a więc oboje muszą sobie zrobić w tym dialogu miejsce. I może to jest podstawowa trudność – ludzie są tak przyzwyczajeni di kultu indywidualności, że w ich świecie jest miejsce dla nich samych i nikogo więcej. Nigdy się więc z nikim nie spotykają, niczym nie dzielą, a tylko walczą o coraz większe tereny dla siebie.
Mniej wybuchów, więcej dialogów – tak bym napisała historię cywilizacji ludzkiej.
Rozmawiajmy.
Czytaj resztę...