Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylwetki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylwetki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 maja 2009

Szaleństwa baroku




Messerschmidt to dla większości historyków nazwa niemieckiego samolotu. Nazwisko to jest znane lotnikom, żołnierzom, a także historykom sztuki i… psychiatrom. Niemiecki rzeźbiarz Franz Xaver Messerschmidt zostawił bowiem po sobie serię najbardziej intrygujących (auto?)portretów w historii baroku.






Gdy patrzymy na popiersia stworzone ręką Messerschmidta
w pierwszej kolejności przychodzi na myśl współczesny artysta, który stara się sprowokować widza. Ze zdumieniem można przyjąć fakt, ze jest to artysta z epoki baroku, a dokładnie mistrz rokokowego portretu i klasycznego popiersia. Tajemnicze rzeźby powstały w okresie miedzy 1770 a 1783 rokiem. Odnaleziono je
po śmierci artysty – około 50 rzeźb z alabastru i metalu, przedstawiających ludzkie głowy naturalnej wielkości. Wiele z nich przedstawia to samo oblicze – prawdopodobnie twarz artysty.

Messerschmidt urodził się w 1736 roku w artystycznej rodzinie rzeźbiarzy. Wykształcenie artystyczne odebrał w wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych pod okiem własnych wujów i dalszych krewnych. Nie miał jednak lekkiego życia – już od 14 roku życia sam zarabiał na swoje utrzymanie. Marzył o karierze w dalekiej Italii, ale poniósł tam porażkę i musiał wrócić do Wiednia.

W związku z tym zajął się urabianiem nazwiska – tworzeniem skromnych, niewyszukanych rzeźb i portretów na zamówienie. A że nie stronił od żadnego materiału – ani drewna, ani kamienia, ani gipsu, ani kości słoniowej, szybko zdobył popularność wśród mieszczaństwa. Po naszemu – chałturzył. Chałturzył jednak na tyle skutecznie, że wkrótce sam zasiadł na katedrze w Akademii Sztuk, a do tego pozyskał zlecenia od rodu Habsburgów, a jego nazwisko zaczęło być rozpoznawane, gdy zlecono mu wykonanie popiersia cesarza Józefa II i jego żony, Marii Teresy (z niejasnych wzmianek można wywnioskować, że być może były one powodem konfliktu z cesarzem – zbyt śmiałe lub zbyt „niepoprawne politycznie”, skazały Messerschmidta na polityczne wygnanie).


Klasyczny, bardzo przywiązany do kanonów artysta w latach 70’ XVIII wieku zaczął przejawiać tajemnicze stany rozdrażnienia i dziwnych zachowań. Oczywista choroba psychiczna wkrótce pozbawiła go posady w Akademii,
a także z biegiem czasu wpłynęła na jego rzeźby, które zaczęły stawać się coraz bardziej nierzeczywiste. Messerschmidt odsunął się od dawnego towarzystwa, opuścił Wiedeń i zamieszkał w Pressburgu (dziś – Bratysława), pod okiem swojego brata Johanna Adama, także rzeźbiarza. Przez ostatnie sześć lat swojego życia unikał kontaktów ze światem. Spędzał większość czasu w swojej pracowni, separując się od ludzi, walcząc z własnymi demonami. Dosłownie.

Sztuka Messerschmidta stała się pretekstem do badań nad stanem psychicznym artystów, m.in. przez psychiatrę Ernsta Kris’a, który zaczął analizować legendy i wspomnienia wielkich artystów, szukając w nich klucza do ich geniuszu. Współcześni lekarze sugerują, że Messerschmidt cierpiał na schizofreniczne napady halucynacji. On sam twierdził, że nękają go demony, które powodują u niego straszny ból głowy i usiłują przeniknąć do jego mieszkania przez ściany. Niektóre z min odwzorowane przez artystę na słynnych popiersiach – jak mocne zaciskanie złożonych w dziubek ust – miały uniemożliwić demonom przedostanie się do wnętrza jego głowy. Messerschmidt czytał też wiele tekstów na temat starożytnej magii egipskiej, doszukując się w proporcjach piramid analogii do ludzkiej anatomii. W ostatnim okresie życia prawdopodobnie objawy choroby nieco zelżały, ale artysta nie wrócił nigdy do nauczania.

Choroba psychiczna to jedna z możliwości. Wiadomo z pewnością, że ludzkie emocje już w połowie XVIII wieku stały się przedmiotem badań artystów francuskich. Jako że Messerschmidt był sam nauczycielem w Akademii Sztuk Pięknych, miał z nimi prawdopodobnie styczność. Część z jego głów być może powstała na zamówienie. Nie jest jednak wykluczone, że intensywne badania nad fizjonomią po prostu zaostrzyły chorobę rzeźbiarza. Nie da się jednak ukryć, że pełne ekspresji i anatomicznej dokładności, tajemnicze rzeźby rozsławiły nazwisko Messerschmidta. Niestety – kilkaset lat po jego śmierci.

Czytaj resztę...

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

..if you try sometimes, you get what you need.



Jakiś czas temu w ramach zapoznawania się ze ścieżkami dźwiękowymi z mojego ulubionego doktora House'a natknęłąm się na jego zespół - BAND FROM TV. I wsiąkłam.
Zaraziłam sąsiadów i rodzinę.
I zaledwie wczoraj mój brat oświadczył mi, że on napisze o tym artykuł. No cóż. Zazdroszczę pomysłu, bo na to nie wpadłam. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebym też sobie o tym napisała, na własny użytek ;)



Pomysłodawcą założenia zespołu był Greg Grynberg, policjant-telepata z serialu ''Heroes''. Jego celem było zebranie funduszy charytatywnych na rzecz fundacji wspomagającej epileptyków.
Grynberg powiedział w jednym z wywiadów:
„Mój najstarszy syn choruje na epilepsję i wymyśliłem sobie, że ten zespół może być taką maszyną zbierającą pieniądze dla National Epilepsy Foundation. To, że wśród członków zespołu znaleźli się aktorzy z najbardziej popularnych seriali telewizyjnych, stwarza niesamowitą okazję na dotarcie do naszych fanów i nakłonienie ich do wspierania wspaniałych organizacji.”

Swoim pomysłem zarazili innych – każda z gwiazd zespołu wspiera inna organizację charytatywną, grając rovery znanych utworów, szalejąc na koncertach i świetnie się bawiąc.

W podstawowy skład zespołu wchodzi osiem osób: Przy klawiszach, a czasem przy mikrofonie i gitarze - Hugh ''House'' Laurie, James Denton, czyli Mike z „Gotowych na wszystko” gra na gitarze, Jesse Spencer czyli Chale z „House’a” gra na skrzypcach i z powodzeniem śpiewa rock’n’rollowe kawałki, z serialu „Heroes”: Greg Grynberg gra na perkusji, Adrian Paskar na gitarze. Wokalu użyczają: Teri Hatcher (''Gotowe na wszystko''), Bonnie Somerville (''Cashmere Mafia'') i Bob Guiney (''The Bachelor'').
Do zabawy wciągają także kolegów z seriali, takich jak Zachary Levi czy Jorge Garcia z serialu „Lost”, którzy śpiewali cover „Mustang Sally”.

28 października 2008 roku zespół wydał pierwszą płytę, z której dochód oczywiście trafi na konta różnych fundacji. Do tej pory Band from TV zarobił dla potrzebujących już 2 miliony dolarów. Zwarzywszy na to, że ich utwory biją rekordy popularności na różnych portalach, zarobią pewnie jeszcze więcej. :)








Czytaj resztę...

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Trudny zawód


"Każdy człowiek chce zmieniać świat, kiedy zaczyna cokolwiek robić. Ja chyba nie liczyłem na to, że można zmienić świat w dosłownym tego słowa znaczeniu. Myślałem, że uda się ten świat opisać."
Krzysztof Kieślowski
O Kieślowskim z reguły wiadomo, że nakręcił „Dekalog”, „Trzy kolory”, „Podwójne życie Weroniki”… Mało kto pamięta "Życie nocnego portiera", a już niewielu zdaje sobie sprawę, jak sprawnym i wyczulonym na ludzi dokumentalistą był Kieślowski. Dla mnie zobaczenie jego filmów reportażowo-dokumentalnych było niemal odkryciem życia. „Gadające głowy” mogłabym oglądać w nieskończoność, a „Dworzec”... Większość filmów dokumentalnych Kieślowskiego pochodzi z lat 70. XX w. Często są to etiudy i wprawki z okresu studiów w łódzkiej filmówce. Szkoła ta, chociaż przyszła do niego późno, okazała się największym życiowym sukcesem – wyznaczyła mu drogę na resztę życia. Chociaż on sam zawsze powtarzał, że to fach niewdzięczny. Ale jedyny jaki znał.


Skupmy się na dokumentaliście.
Bardziej szczegółowa biografia Kieślowskiego tutaj i tutaj.


Krzysztof Kieślowski pochodził z typowej rodziny polskiej – jeśli można tak powiedzieć. Matka – urzędniczka, ojciec – inżynier budownictwa, chory na gruźlice (młody Krzysztof żył niejako na walizkach, towarzysząc ojcu w podróżach od sanatorium do sanatorium). Można pokusić się o stwierdzenie, że obserwacja polskiej rzeczywistości okresu dzieciństwa przyłożyła się na jego spostrzegawczość jako filmowca. Byłby to jednak argument bardzo trywialny.
"Pochodzę z bardzo przeciętnej rodziny. Moja matka była urzędniczką, a ojciec inżynierem i pracował w budownictwie. Swoich dziadków nigdy nie poznałem. Właściwie nie mam żadnych korzeni. (...) Miałem 16 lat, kiedy zmarł mój ojciec. Zmarł na gruźlicę. Chorował przez 20 lat i przypuszczam, że nie chciał dalej żyć. Nie mógł pracować, dać tego, co powinien dać rodzinie i miał na pewno poczucie, że nie zrealizował się w sprawach zawodowych, uczuciowych, rodzinnych. Nie rozmawiałem z nim o tym, ale jestem pewien, że tak było. Kiedy zmarł - płakałem. Wcześniej - czasem się go wstydziłem. Był bardzo mądrym człowiekiem, ale bardzo mało z tej mądrości mogłem skorzystać. Byłem za głupi, za młody, za lekkomyślny albo za naiwny. Dopiero teraz mogę zrozumieć, co naprawdę niektóre jego posunięcia czy słowa znaczyły. (...) Mama miała 67 lat, kiedy umarła w samochodzie, który prowadził mój przyjaciel, w 1981 roku. (...) Miałem fantastycznych rodziców. Tyle tylko, że nie mogłem ich docenić wtedy, kiedy powinienem (...) O tysiącach rzeczy z nimi nie porozmawiałem. Już nigdy się ich nie dowiem."
K.K.
Kieślowski tak naprawdę nie wiedział co chce robić w życiu. Raczej nie wyobrażał sobie podążania drogą rodziców. Krótki epizod w szkole pożarnictwa we Wrocławiu zakończył się wyskoczeniem z mundurowej dyscypliny w sposób dość gwałtowny. Przyszedł czas na Liceum Technik Teatralnych, gdzie uczył się na „kostiumologa”. Praca w teatralnej garderobie (w Teatrze Współczesnym w Warszawie) zetknęła go ze światem aktorskim i to światem nie byle jakim: ubierał między innymi Tadeusza Łomnickiego, Edwarda Dziewońskiego, Aleksandra Bardiniego, Zbigniewa Zapasiewicza. Reżyseria teatralna jawiła się jako zawód fascynujący. Wtedy postanowił zdawać do szkoły filmowej w Łodzi i za trzecim podejściem w 1964 dostał się na Wydział Reżyserii.
Dlaczego więc go przyjęto? Reżyser opowiadał taką anegdotę: za trzecim razem dotarł do ostatniego etapu egzaminu, który był rozmową ogólną (poprzednie dwa razy też tam docierał, ale odpadał) i zapytano go, jakie są środki komunikacji międzyludzkiej. Odpowiedział: trolejbus, autobus. Naprawdę myślał, że to dobra odpowiedź. A komisja prawdopodobnie uznała, że jest takim ironistą, że to pytanie było dla niego za łatwe, i że się zgrywa. I przyjęli go.
**
Skończył szkołę po czterech latach, ale dyplom obronił dopiero w 1970 roku.
Jego szkolnymi „mistrzami” byli Kazimierz Barabasz (autor przełomowego dokumentu Muzykanci, opowieści filmowej o próbie orkiestry dętej tramwajarzy), Jerzy Bossak (w latach 1956-1968 kierownik artystyczny Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie, jeden z pierwszych filmowców polskich nagrodzonych w Cannes) i Wanda Jakubowska (legenda filmu, współzałożycielka Stowarzyszenia Miłośników Filmu Artystycznego "Start" w 1930 r.). Pierwsze etiudy dokumentalne Kieślowskiego były szkolnymi materiałami robionymi pod okiem jego wybitnych profesorów. Pierwszym szkolnym materiałem był „Tramwaj” – historia spotkania chłopca i dziewczyny, opowiedziana bez słów. Kolejne szkolne dokumenty były czystą obserwacją rzeczywistości („Urząd”, „Z miasta Łodzi”). Obserwację tą wyniósł zresztą ze szkoły i do końca życia dźwigał jak brzemię.

Kieślowski, wraz z przyjaciółmi i współpracownikami stworzyli własną formułę dokumentu, która jako zjawisko zauważona została w 1971 roku na festiwalu filmów dokumentalnych i krótkometrażowych w Krakowie. W grupie filmowców, którzy starali się pokazać realne oblicze świata w którym żyli, wyrwane z propagandy i poprawności politycznej wobec władz znajdowali się m.in. Wojciech Wiszniewski, Tomasz Zygadły, Paweł Kędzierski. Z punkt wyjścia brali codzienność obywateli PRL, starając się nadać ich życiu wartość metafory. U Kieślowskiego nie są to ani buntownicy, ani walczący o słuszną sprawę idealiści. Ludzie jak najbardziej zwykli w swoich dążeniach bycia dobrymi ludźmi w rzeczywistości, która tej dobroci nie sprzyja: lekarze, murarz-przodownik pracy, były dyrektor, „uczciwy” komunista. Ludzie ci przedstawiani są często jako zagubieni w systemie, który nie akceptuje prostych rozwiązań, nie respektuje podstawowych zasad i wyżej ceni poprawność ideologiczną od zwykłej ludzkiej uczciwości. Trudno się w tych dokumentach dopatrzeć antykomunistycznych haseł, a jednak nikt Kieślowskiego nigdy nie posądzał o sprzyjanie systemowi. Może dlatego, że usilnie starał się go zmienić, zamiast bezproduktywnie z nim walczyć. Jak sam często powtarzał, wierzył że to możliwe. Z drugiej strony obawiał się, że jego twórczość może zostać przez władze wykorzystana do celów, których on sam nie popiera. Dlatego po 1980 roku stopniowo odchodził od filmu dokumentalnego (do 1983 roku był jest związany z warszawską Wytwórnią Filmów Dokumentalnych) i zaczął szukać własnej formuły dla fabularnego prowadzenia historii. Krótkie filmy „Dekalogu” zdawały się być idealnym złączem między filmami pełnometrażowymi a dokumentalnymi skrótami świata. Niestety, lub na szczęście „Dekalog” okazał się filmowym fenomenem. Kieślowski poszedł w stronę czystej reżyserii, porzucając dokument. Chociaż, zdaniem krytyków i specjalistów, tak naprawdę nigdy nie zdecydował się ani na jedno, ani na drugie, na zawsze utykając na pograniczu realizmu i fikcji fabularnej.


Filmy Kieślowskiego (z przyczyn technicznych zamieszczam linki tylko do pierwszych fragmentów. Resztę łatwo można znaleźć samodzielnie).

TRAMWAJ
(1966)- fabularna etiuda filmowa zrealizowana w szkole filmowej pod kierunkiem Wandy Jakubowskiej. Nieudane nocne spotkanie chłopca i dziewczyny – bohater próbuje zawrzeć znajomość z zaspaną dziewczyną, ale rezygnuje w połowie i wysiada. Patrząc za odjeżdżającym tramwajem zmienia zdanie i próbuje go gonić… Historia opowiedziana bez słów.
"Szkoła mnie nauczyła patrzenia na świat. Pokazała, że istnieje życie, a ludzie w tym życiu rozmawiają, cieszą się, martwią, cierpią, kradną... i że to wszystko można sfotografować. I że z tego, co się sfotografuje, można ułożyć opowiadanie. Przedtem tego nie wiedziałem."
K.K.


URZĄD
(1966) (tytuł roboczy "Renta") - etiuda dokumentalna nakręcona ukrytą kamerą przez okienko Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Urzędnicy przyznający renty kontra ich petenci. Udźwiękowienie oryginalne – czyli realny zapis rozmów między obiema bastionami społeczeństwa: petentami, gotowymi przejść mękę aby załatwić sprawę i upojonymi władzą urzędniczkami, które nie chcą albo nie potrafią pomóc w rozwiązaniu problemów…
Film ten siłą rzeczy stał się satyrą na biurokrację. Ostatnie zdanie, wielokrotnie powtórzone w ścieżce dźwiękowej: proszę napisać co pani robiła na przestrzeni całego życia… - ociera się o metafizykę.



KONCERT ŻYCZEŃ (1967)- etiuda dokumentalna przedstawiająca życie młodych ludzi na tle współczesnych im przebojów. Dwa światy – motocyklista z dziewczyną i podchmielona wycieczka zakładowa. Jest to film drogi – przedstawiający ludzi z różnych światów w wymuszonych interakcjach. W filmie tym Kieślowski wystąpił jako rowerzysta prowadzący krowę.



ZDJĘCIE (1968)- film telewizyjny. Krótka etiuda o zmianach i przemijaniu oparta na starym zdjęciu z czasów wojny. Kieślowski odnalazł obu mężczyzn, wtedy zaledwie chłopców z karabinami i udokumentował ich poszukiwania oraz reakcje bohaterów na wspomnienia związane ze zdjęciem.

Z MIASTA ŁODZI
(tytuł roboczy "Łodzianie") (1969)- film dyplomowy. Konfrontacja optymizmu z realizmem. Szczęśliwi, często po prostu spokojni ludzie w połączeniu z rozpadającymi się budynkami, ciemnymi uliczkami Łodzi. Ludzie – dzieci, pracownice tkalni, muzycy, młodzież, tajemniczy człowiek z maszyną wytwarzająca prąd – realni, po mistrzowsku „zobaczeni” przez Kieślowskiego. A w tle melodie graną przez orkiestrę mandolinistów Edwarda Ciukszy, zespołu big-beatowego i amatorów na konkursie w parku. „Tego miasta nie ma na mapie, lecz gdzieś przecież jest miasto, w którym z nieba nie kapie zimny jesienny deszcz...” – słyszymy piosenkę na zakończenie filmu.
W Szkole prowadziliśmy grę, okrutną, głupią, ale coś mówiącą o Łodzi. Spotykaliśmy się na śniadaniu w stołówce szkolnej i liczyliśmy punkty. Za zobaczenie po drodze do szkoły człowieka bez ręki - jeden punkt, bez dwóch rąk – dwa punkty, bez nogi też dwa, bez dwóch nóg - cztery punkty, bez rąk i nóg - osiem punktów, ślepego - dziesięć punktów. Zwycięzcy zwykle zdobywali około piętnastu punktów. Tyle tam było fascynującej brzydoty. Twarze jak z Dostojewskiego: okrutne doświadczenie i cierpienie, jednocześnie zgoda na wszystko. Szarość murów, smutek w twarzach, przestrzenie komórek, podwórek, korytarzy, w tramwaju specjalna taryfa za przewóz szatkownicy do kapusty. Całe dnie łaziłem po Łodzi z aparatem".
KK




BYŁEM ŻOŁNIERZEM (1970) (scenariusz z Ryszardem Zgóreckim, reżyseria z Andrzejem Witkowem, dla wojskowej Wytwórni Filmowej Czołówka). Losy wojennych weteranów, którzy utracili wzrok. Obraz świata opowiedziany przez tych, którzy już go nie widzą, a w pamięci noszą tylko jego przeszły obraz. Wspomnienia weterana doczekały się wojskowej nagrody za „szerzenie postaw patriotycznych”, jednak film wymyka się propagandzie i ukazuje zupełnie odmienne oblicze kombatanta – zagubionego, pozbawionego patosu, samotnego.



FABRYKA. (1970) W podwarszawskim Ursusie odbywa się narada – dyrekcja fabryki debatuje nad fabryką, w tle pracują robotnicy. Zestawienie tych dwóch światów znów stało się prześmiewczym komentarzem do realiów socjalistycznych.

PRZED RAJDEM. (1971) Relacja z przygotowań czołowego polskiego kierowcy rajdowego Krzysztofa Komornickiego do Rajdu Monte Carlo. Żeby nie było za łatwo PRL-owskie władze utrudniają jak mogą kierowcy start w tym prestiżowym wyścigu, chociaż „oficjalnie” w polskim Fiacie wszystko zostało przygotowane na błysk, a już z pewnością nie ma żadnej fabrycznej wady….

REFREN (tytuł roboczy "Pogrzeb czyli zabawa w chowanego"). Biurokracja dopada nawet nieboszczyka. Dzień z pracy zakładu pogrzebowego jest obserwacją zarówno żałobników, jak i urzędników, pracowników domu pogrzebowego, postronnych obserwatorów. Biurokracja sprowadza ludzkie tragedie do rangi urzędniczego absurdu – odpowiedzi na bezduszne, bezsensowne pytania. Jakby bez papierka nie uznawano w ogóle faktu zaistnienia śmierci…



ROBOTNICY '71: NIC O NAS BEZ NAS (tytuł roboczy '"Robotnicy", 1972). Seria wywiadów i obserwacji polskich robotników po wydarzeniach grudniowych 1970 r. Film nigdy nie wszedł na ekrany w całości. Pod tytułem GOSPODARZE władze dopuściły wyświetlanie ocenzurowanej i przerobionej wbrew woli autorów film. Fabuła była prosta – kamera podążała śladami ekipy ludzi władzy, którzy mieli spacyfikować nastroje robotników po starciach grudniowych i „przywrócić” ich socjalizmowi. Film ukazywał nieufność i rozczarowanie robotników. Wiele materiałów nagranych przez Kieślowskiego zostało wykradzionych przez tajne służby. Reżyser jeszcze długo miał wyrzuty sumienia i bał się, że komuś zaszkodził.

MURARZ (1973) Józef Malesa, przodownik pracy i aktywista partyjny staje się bohaterem własnych wspomnień w święto pracy 1 maja. Opowiada o czasach stalinowskich, o roku 1956, o ideałach i ich obaleniu, o wierze w system i rozczarowaniu nim. Bez patosu i szyderstwa, za to wręcz z czułością przedstawiony portret człowieka uwiedzionego ideą.




PRZEŚWIETLENIE (1974) Kilka dni z życia sanatorium dla ludzi dotkniętych chorobą płuc w Sokołowsku na Dolnym Śląsku. Być może jest to osobisty powrót reżysera do dzieciństwa przy boku schorowanego ojca, który leczył się w Sokołowsku i tam zmarł, oraz został pochowany. Film miał wiele wad technicznych, ale z czasem okazało się, że właśnie to z pozoru niestaranne filmowanie stało się jego główną zaletą (polecam artykuł z którego cytat poniżej).



Krzysiek był takim reżyserem, który wszędzie musiał być obecny, nad wszystkim czuwał, na wszystko miał oko. On był niesłychanie wymagający wobec siebie i innych. To go wykańczało i spalało. Tak naprawdę to był szczęśliwy dopiero wówczas, kiedy siadał do montażu nakręconego materiału. Dopiero wówczas czuł, że tworzył, że robił coś własnego, niepowtarzalnego. To właśnie dlatego się wycofał. **


PIERWSZA MIŁOŚĆ
(1974) Historia dwojga młodych ludzi (17 i 18 lat), rozpoczęta w dniu, kiedy dziewczyna dowiaduje się, że jest w ciąży. Młodzi ludzie sami muszą ułożyć sobie życie –d ślubu, po znalezienie mieszkania. Prace zdjęciowe trwały na przestrzeni 8 miesięcy i – jak sam Kieślowski przyznaje – wiele sytuacji zostało zaaranżowanych na potrzeby filmu. Jednak reakcje, dialogi i emocje bohaterów pozostały prawdziwe. Podobno inspiracją do filmu były narodziny dziecka Kieślowskiego. Towarzyszące temu wydarzeniu emocje i problemy skłoniły go do spojrzenia głębiej w ten okres życia, kiedy ludzie przestają być dziećmi, aby zająć się swoim potomkiem.
W tym filmie akurat było masę manipulacji, czy nawet prowokacji. Inaczej takiego filmu nie dało się zrobić. Po prostu nie sposób trzymać ekipę w gotowości 24 godziny na dobę. Robiłem film jakieś osiem miesięcy. Przypuszczam, że dni zdjęciowych było nie więcej niż trzydzieści, czterdzieści. A te trzydzieści, czterdzieści dni musiałem prowokować. Czyli manipulować, czy też aranżować te sytuacje, w których bohaterowie i tak by byli, tylko akurat nie tego dnia, nie o tej godzinie. (...) Chciałem, żeby przeczytali książeczkę pod tytułem Młoda matka czy też Jak rozwija się płód. To oczywiście przyniosłem im ja. Potem poczekałem, aż ją przeczytają i będą sobie o niej rozmawiać. Mieli taki maluteńki pokój u babci. Wymyślili, że wymalują go na fioletowo. No dobrze, niech malują na fioletowo. Przyszedłem nakręcić jak malują. Wpuściłem milicjanta, który przychodzi i ma pretensje, że nie są tam zameldowani, że mieszkają bezprawnie i że właściwie można by ich stamtąd wyrzucić. To była ewidentna prowokacja. (...) Takich prowokacji było dużo. Było też dużo takich, które po prostu wynikały z życia. Jak ślub, to był ślub. Byliśmy tam z kamerą. Poród to był poród. Byliśmy tam z kamerą.(...) Nie sądzę, żebym kiedykolwiek postawił ich w wymyślonej sytuacji. Chcieli mieszkania - poszli do spółdzielni mieszkaniowej. Musiałem oczywiście pójść tam wcześniej z kamerą, ale to była ich spółdzielnia mieszkaniowa, starali się o swoje mieszkanie, a nie fikcyjne. Nie mieli napisanych dialogów.(...) Siedzieliśmy długo z tą parą, prawie rok. Poznaliśmy ich, gdy ta dziewuszka, Jadzia, była chyba w czwartym miesiącu ciąży. A potem siedzieliśmy z nimi, aż dziecko miało półtora miesiąca, dwa miesiące. K.K


ŻYCIORYS (1975; film 45-minutowy; skrócona 28-minutowa wersja: KRÓTKI ŻYCIORYS; scenariusz z Januszem Fastynem). Dokument inscenizowany, czyli zawierający element fikcji. Fikcyjna była postać Antoniego Gralaka, który zeznawał przed obliczem Komisji Kontroli Partyjnej. Człowiek, który odegrał tą postać miał już swoje przejścia związane z wyrzuceniem z partii i tego typu przesłuchaniami. Był więc jednocześnie i aktorem, i realnym bohaterem. Życiorys Gralaka oparto na faktycznych przeżyciach różnych ludzi w podobnej sytuacji. Całe przesłuchanie przez (prawdziwą) komisję przypomina najbardziej „Proces” Kafki – pytania są absurdalne, odzierają z godności, dotyczą rzeczy zupełnie niezwiązanych ze sprawą, a odpowiedzi są manipulowane do stworzenia nowych zarzutów… Film, zamówiony zresztą przez samą PZPR, traktowano potem długo jako instruktarz i puszczano na zebraniach partyjnych.

To było najciekawsze, co można było w tamtych czasach zrobić: wejść na posiedzenie biura politycznego i nakręcić o tym film. W partii zapadały prawdziwe decyzje o tym, jak ten kraj miał wyglądać. Jak się w nim żyło i jak się toczyło życie. Nigdy mnie nie wpuścili na posiedzenie biura politycznego. Wobec tego zrobiłem film o Komisji Kontroli Partyjnej.(...) Wszystko co się dzieje ze strony Komisji Kontroli Partyjnej w "Życiorysie", jest prawdziwe. To była prawdziwa Komisja Kontroli Partyjnej. Nikt tam nie został dobrany.(...) Chciałem mieć tę najlepszą, żeby pokazać, w jaki sposób ona rozważa życie swoich członków, decyduje o tym, co człowiekowi wolno, a czego nie wolno. Właściwie zaczyna decydować o tym, jak długo powinien rano gotować sobie jaja na miękko. Czy ma prawo gotować je trzy minuty? Wtrąca się we wszystkie właściwie najbardziej intymne, najbardziej prywatne sfery życia. To, co w tym filmie dotyczy Komisji Kontroli Partyjnej, jest prawdą. Jest dokumentem.(...) Wszystko natomiast, co przynosi z sobą bohater, czyli człowiek, którego sądzą, którego oceniają na tej komisji, jest fikcją.
K.K




SZPITAL (1976) - 24 godziny z życia lekarzy na ostrym dyżurze w szpitalu chirurgii urazowej na ul. Barskiej w Warszawie. Kieślowski ukazuje ich niemal jak rycerzy, don Kichotów PRL-owskiej rzeczywistości. Usiłują walczyć o życie pacjentów w sytuacji, gdzie wszystkiego brakuje, biurokracja blokuje wszelkie decyzje, a i sami pacjenci niczego nie ułatwiają…

W planach miał to być film o czymś innym. Nie o lekarzach. To miał być film o tym, że w całym tym bałaganie, który jest dookoła, w całym tym brudzie, w niemocy w bezsilności ludzkiej, w tym, że właściwie nic nie można zrobić do końca i dobrze, znajduje się grupa ludzi, która osiąga sukces. Szukałem długo ludzi różnych zawodów.(...) Szukałem w bardzo wielu miejscach. W końcu pomyślałem, że to może powinni być lekarze. Zaczęliśmy szukać wśród lekarzy, wśród chirurgów i wreszcie trafiłem do tego szpitala. Była tam naprawdę wyjątkowo sympatyczna i bardzo ludzka atmosfera. (...) Ci lekarze byli tak otwarci i myśmy się tak zaprzyjaźnili, że czuli się przy nas tak, jakby nas nie było. Na tym polega długotrwałość realizacji dokumentu, o czym nikt nie wie. Zwłaszcza dzisiejsi reporterzy telewizyjni o tym nie wiedzą. Przychodzą, podstawiają komuś pod nos mikrofon i każą mu odpowiadać na jakieś pytanie. Ktoś odpowiada mądrzej lub głupiej, ale przecież to nie jest w ogóle żadna prawda o nim.
K.K




Z PUNKTU WIDZENIA NOCNEGO PORTIERA (1977) Portret Mariana Osucha, strażnika w fabryce, fanatyka dyscypliny i kontroli totalnej. Chcąc nie chcąc portier stał się metaforą totalitarnego systemu. Jeden z najbardziej przejmujących dokumentów Kieślowskiego, który dorobił się własnej historii. "Ten portier nie był złym człowiekiem. On akurat naprawdę myśli, że dobrze byłoby kogoś publicznie powiesić, bo wtedy wszyscy się przestraszą i przestaną popełniać zbrodnie. „ – komentował Kieślowski swojego bohatera.
„Wiedziałem, kogo szukam. Zamówiłem u Dzióba konkretnego człowieka. Dziób go szukał latami. Wiele lat czytywałem takie pamiętniki, które wydawała w Polsce Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, a którymi mało kto się interesował. Niesłychanie ciekawe socjologicznie. To się nazywało Miesiąc mojego życia, albo Najważniejszy dzień w moim życiu, albo Pamiętniki kobiet, albo Pamiętniki robotników, albo Dwadzieścia lat na roli, pamiętniki chłopów. Drukowano tego bardzo dużo i w jednej z takich książek znalazłem pamiętnik takiego właśnie portiera - człowieka, który, najprościej mówiąc, ma zapatrywania antyludzkie czy faszystowskie powiedzmy - i pomyślałem, że trzeba zrobić o nim film. To był akurat też portier w zakładzie. Spotkałem się z nim, ale się okazał zupełnie nie do sfilmowania. Miał tysiące wad, tak że zrobienie filmu o nim było niemożliwe. Ale skoro już tak pomyślałem i napisałem taki rodzaj scenariusza, a Wytwórnia się na to zgodziła, Dziób po prostu zaczął szukać takiego człowieka. Przeszedł przez ponad pięćdziesiąt fabryk w Warszawie. Poznał stu pięćdziesięciu portierów, dziesięciu mi pokazał i wybraliśmy tego. "
K.K.
Kieślowski nie dopuścił do emisji filmu w telewizji w 1980 roku, obawiając się, że zaszkodzi to bohaterowi dokumentu. Kilkakrotnie podkreślał w wywiadach, że nie chciał go ośmieszyć – jednak ludzie na salach kinowych reagowali śmiechem na słowa fanatyka przekonanego o słuszności swojej racji. Kieślowskiego to złościło – to nie miał być satyryczny, chociaż rzeczywistość zahaczała o smieszność.



NIE WIEM (1977; tyt. rob. "Żyć czy spać"). Były dyrektor zakładów skórzanych "Renifer" na Dolnym Śląsku opowiada o kulisach swojej pracy, o zakłamaniu, aferach, łapówkach, zawiści. Jest to rodzaj spowiedzi człowieka, który wierząc w system jednocześnie starał się go oczyścić z ludzi jawnie nieuczciwych. Przegrał jednak starcie z mafijno-partyjną rzeczywistością. Niestety nie wiedział, że w te kradzieże i w te wszystkie transakcje i pijatyki byli zaangażowani ludzie z województwa, czyli dużo wyżej - z milicji wojewódzkiej, z komitetu wojewódzkiego. Nie wiedział o tym; wykończyli go zupełnie - psychicznie i zawodowo.(...)W 1980 roku mafia, która go niszczyła, wcale nie zniknęła. Robiło się tylko pozornie różne ruchy, które sugerowały, że jest większa wolność niż była naprawdę. Naprawdę nic się nie zmieniło. – komentował film Kieślowski. Z tych powodów pierwszy raz dokument pokazano publicznie dopiero w 1981 roku..

SIEDEM KOBIET W RÓŻNYM WIEKU. (1978) Portretując siedem tancerek baletowych od dziewczynki do dojrzałej kobiety, która karierę pozostawiła już dawno za sobą Kieślowski pokazuje przemijanie czasu i marzeń. Bohaterki dobrano tak, aby ich podobieństwo stwarzało złudzenie przemijania czasu.


DWORZEC. (1980) Warszawski Dworzec Centralny jako symbol Polski gierkowskiej. Zderzenie propagandowego wizerunku dworca z realiami z życia pasażerów, oczekujących i pracowników.

Spędziliśmy na tym dworcu z dziesięć nocy starając się sfotografować "pogubionych" ludzi. Metafora podglądania to był pomysł, który chyba później przyszedł nam do głowy. Nie pamiętam, czy to było w scenariuszu. Tylko pomyśleliśmy, że materiał dramaturgiczny w tym filmie jest szalenie wątły. Ten film się właściwie nie rozwija, bo nie ma jak się rozwijać, i wobec tego wsadziliśmy tam faceta-obserwatora, czyli kogoś, kto niby wszystko o tych ludziach wie. Nic nie wie tak naprawdę, ale wydaje mu się, że coś wie. Film nie był o nim. Przy okazji tego filmu zrozumiałem, że zupełnie przez przypadek jestem w miejscu, w którym nie chcę się wcale znajdować. Zdjęcia na tym dworcu robiliśmy nocami. Między innymi próbowaliśmy zaobserwować taką pół ukrytą kamerą - nie kompletnie ukrytą, zasłanialiśmy ją tylko troszkę plecami lub stawialiśmy daleko z długim obiektywem - zabawne reakcje ludzi na automatycznie zamykane skrytki bagażowe, które wtedy w Warszawie były zupełną nowością. Nikt tego nie umiał obsługiwać. Tam była taka obszerna instrukcja, że trzeba wrzucić pieniążek, przekręcić, znaleźć szyfr i tak dalej. Ludzie, zwłaszcza ci z prowincji, nie bardzo się orientowali, jak się do tego zabrać. Kompletnie nie rozumieli, co z tym fantem zrobić. Patrzyliśmy, jak ci ludzie wobec tych skrytek się zachowują. I parę zabawnych portretów nam się udało nakręcić.
K.K.




GADAJĄCE GŁOWY. (1980) Jeden z najbardziej przejmujących i najbardziej metafizycznych dokumentów Kieślowskiego. Stanowi przegląd ludzi i czasów. Postacie przewijają się, mówiąc dwa, może trzy zdania. Odpowiadając na dwa abstrakcyjne pytania: kim jesteś? co jest dla ciebie najważniejsze? Gadające głowy pokazują nam pełen przekrój poglądów, marzeń, postaw. Absolutnie fenomenalna ostatnia scena, gdy stuletnia staruszka zdradza swoje marzenie, że chciałaby…





W natłoku spraw które Kieślowski porusza zawsze nadrzędną wartością jest człowiek i jego życie. Może to trywialny banał, ale sam reżyser często powtarzał, że świat należy zmieniać, a żeby go zmienić – należy pokazać jaki jest naprawdę. Ciekawe, że z biegiem czasu materiały Kieślowskiego nie tracą siły przekazu. Wciąż dotykają wrażliwych miejsc w naszej świadomości – chociaż i polityka jest inna, i wolność, i dobrobyt…

Na koniec kilka słów o samym Kieślowskim. A właściwie cytat-żart, który jemu samemu z pewnością przypadłby bardzo do gustu:

W katowickiej szkole filmowej imienia Krzysztofa Kieślowskiego na honorowym miejscu wisi duża płaskorzeźba patrona szkoły z papierosem w zębach. Obok napis „Palenie zabronione”
**


Czytaj resztę...

poniedziałek, 16 lutego 2009

Wykropkowany świat

„Historia powstania alfabetu Braille’a to nie bohaterska opowieść o człowieku, który w poczuciu misji tworzy nowy sposób czytania dla niewidomych. Jest to raczej historia chłopaka, który chcąc pomóc sobie, zrewolucjonizował życie innych... „
Takimi słowami zaczyna się pierwszy artykuł na temat Louisa Braille’a jaki wyskoczył mi w wyszukiwarce. Nie zaskoczyła mnie taka opinia, bo większość ważnych dla ludzkości wynalazków powstała przy okazji ułatwiania sobie życia. Bez kilku z nich można się łatwo obejść, ale są takie, za które dziękuje się Bogom. Takim wynalazkiem stało się pismo dla niewidomych.

Sto lat temu, w rzemieślniczej rodzinie we Francji urodził się mały Louis Braille (świetny referat na temat Louisa tutaj). Najmłodszy z czworga rodzeństwa chłopiec stracił wzrok mając niecałe cztery lata – w wyniku wypadku w warsztacie ojca. W ówczesnym świecie tragedia ta z reguły strącała ofiarę na margines społeczeństwa, ale rodzina Braille’ów nie poddała się. Młody Luis, wspierany przez lokalnego duszpasterza, opata Palluy i rodzinę ukończył normalną szkołę, nie ustępując w nauce widzącym kolegom. Dzięki tej pomocy dostał stypendium i wyjechał uczyć się do do Królewskiego Instytutu dla Młodych Niewidomych w Paryżu. Miał wtedy 10 lat – w tym wieku po raz pierwszy zetknął się z dotychczasowymi próbami stworzenia alfabetu dla niewidomych. A było ich sporo.

Pierwszą myślą twórców tych pism było po prostu powiększenie i uwypuklenie normalnego pisma, aby niewidomy mógł palcami wyczuć kształt liter. Takie próby – z powodzeniem – podjął pod koniec XVIII wieku Valentin Hauy. To właśnie do jego szkoły (zresztą pierwszej na świecie) trafił młody Braille. Pierwsza książka w systemie Hauy’a ukazała się w 1786 roku – był to podręcznik o wychowaniu niewidomych dzieci. Książka miała wymiary 27 na 20 cm, a litery – aby były czytelne – osiągały rozmiar powyżej 2 cm. Sprawiało to, że objętość książki była nieproporcjonalnie większa w stosunku do jej zawartości. Ponadto próby samodzielnego pisania przez niewidomych w tym systemie zakończyły się fiaskiem. Sukces był więc mocno niepewny.

Kontynuacją tego pomysłu był m.in. alfabet Moona, zresztą do dziś stosowany w Wielkiej Brytanii, szczególnie wśród osób, które utraciły wzrok w późniejszym wieku.
Dr William Moon (1818-1894) stworzył alfabet oparty na trzech rodzajach znaków. Jest to rodzaj modyfikacji wielkich liter alfabetu łacińskiego – uproszczonych poprzez opuszczanie lub łączenie niektórych linii. Znaki, których nie udało się uprościć zastąpiły umowne linie i kropki. Profesjonalnie mówiąc: Podstawą systemu jest osiem liter alfabetu łacińskiego, które przez zmianę pozycji np. odwrócenie o 90 lub 180 stopni, dają inne litery. Cechą charakterystyczną tego pisma jest zmienny kierunek czytania, o czym informuje wypukły łuk usytuowany na końcu wiersza.

W. Klein (1809 r.) w podobny sposób przekształcił czcionkę na szereg punktów - litery łacińskie drukowane były przy pomocy czcionek szpilkowych. Jednak proces czytania był zbyt wolny, a koszty druku zbyt wysokie, aby te próby przyjęły się na dłużej.

Przełomem okazał się wynalazek Charlesa Barbiera de la Serre'a, kapitana artylerii: 12- punktowy szyfr będący kombinacją punktów i kresek, dający w sumie 36 znaków. Kluczem do tego szyfru była tabela z trzydziestoma sześcioma znakami. Szyfr ten w 1820 roku trafił do instytutu dla niewidomych, ale jego wadą okazała się niemożność fonetycznego, zgodnego z ortografia zapisu słów (a we francuskim języku jest to rzecz bardzo istotna), a także brak cyfr, interpunkcji... Jednak Louis Braille, przekonany o użyteczności szyfru, sam zajął się udoskonalaniem nowego alfabetu – w nocy, pod kołdrą swojego szkolnego łóżka. Pierwsze prace ukończył w październiku 1824 roku – miał wtedy 15 lat. Ale za prawdziwą datę powstania alfabetu uznaje się rok 1827 - punkty zostały zredukowane do sześciu, reguły zapisu ujednolicone i sprowadzone do 63 znaków – w tym cyfr, znaków przestankowych, akcentów… W tym roku miał miejsce pierwszy druk w jezyku Braille’a, a w 1829 pismo zostało zaprezentowane publicznie. W 1837 roku wydano pierwszą książkę w Braille’u, ale rok, który uznaje się za datę ostatecznego ukształtowania się alfabetu to rok 1844 - rok ostatecznych poprawek, unifikacji i akceptacji przez środowisko. Co ciekawe, do polskich szkół system ten trafił w… 1934 roku. Dopiero wtedy oficjalnie uznało go polskie Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.

Braille przez całe życie pracował nad swoim pismem i losem niewidomych. Od 18 roku życia udzielał w swojej szkole korepetycji, a potem wykładał. Dostosował swój alfabet do potrzeb muzyki, matematyki i innych nauk.

Sam Louise niestrudzenie odpierał zarzuty wobec swojego pisma – m.in. wytykano mu, że widzący nie są w stanie go zrozumieć, co doprowadzi do izolacji niewidomych w społeczeństwie. Jednak łatwość czytania i – co najważniejsze – możliwość robienia notatek zyskały nowemu systemowi popularność wśród ludzi ociemniałych. W latach 80 XIX wieku system ten zaczął być powszechnie przyjmowany w całej Europie. Jego bazą stało się 25 znaków plus znak „w” i znaki przestankowe. Drobne modyfikacje dla potrzeb danego języka nie likwidują jego międzynarodowego charakteru.

Ciekawe, czy gdyby Braille nigdy nie wpadł na ten pomysł, niewidomi "dotrwaliby" do ery książek dźwiękowych? Mam na myśli ich realne wyjście z ciemności na nowy, wykropkowany, wypukły, wyczuwalny świat. Ich aktywność zawodową, osobistą i uwolniony geniusz (podobnie jak u Braille'a, nie brak niewidomym inteligencji, o czym "zdrowi" ludzie nagminnie lubią zapominać - ale to już inny temat). Mamy w Anglii niewidomego ministra (choć już niedługo, niestety), a obok siebie szereg niewidomych naukowców, a jeśli o mnie chodzi - także przyjaciół. Ludzie, jakby nie patrzeć, samodzielni i ciekawi świata. A świat stara się jak może ułatwiać im kontakt z nowoczesnością. Chociaż czasami... Ale to już temat na kolejny artykuł.

Czytaj resztę...

wtorek, 18 listopada 2008

W tęsknocie za Milusiem.


Janusz Christa odszedł.

Naprawdę zasmuciła mnie ta wiadomość. Jeszcze bardziej zasmuciło mnie odkrycie, dlaczego przez kilka ostatnich lat nie mogliśmy cieszyć się jego rysunkami.
Ponieważ zamierzam tutaj napisać parę słów o człowieku, warto zamieścić szybką biografię pana Christy.


Christa jest wileńskim, przedwojennym Polakiem, urodzonym 19 lipca 1934 roku. Przeżył wojnę w Wilnie, aby w 1945 roku uciec wraz z
rodziną przed Armią Czerwoną na polskie wybrzeże. Wtedy zamieszkał w
Sopocie, gdzie spędził niemal całe swoje życie. Tam stawiał pierwsze
kreski i zarysował swoje życie dokumentnie.


Już od powszechniaka gryzmoliłem i gryzmoliłem.
Na wszystkich lekcjach. Całe zeszyty były zabazgrane.
Nauczyciele zwracali uwagę, wzywali rodziców, obniżali stopnie.

Ale ja mam podzielną uwagę, więc rysowanie
wcale mi nie przeszkadzało w uważaniu na lekcjach.
Po kilku wizytach w szkole mama powiedziała:
„Nic nie poradzimy, on już tak ma”


Janusz Christa konferencja prasowa zorganizowana przez wydawnictwo Egmont z okazji wznowienia komiksów o Kajku i Kokoszu.

Debiut
Christy przypada na jego bardzo młode lata – jako 23 letni rysownik
opublikował pierwszy pasek w czasopiśmie „Jazz”. Pasek ten dotyczył
tańczenia rock’n’rolla. ^^



Kolejny
komiks zamieszczony w tej gazecie to komiksowa "Opowieść o Armstrongu",
sławnym muzyku. Ale nie tylko rysunek zaprzątał jego głowę – Christa
był całkiem dobrym perkusistą (rozważał nawet karierę muzyczną), a
także zapalonym żeglarzem, co wkrótce dało o sobie znać w rysowniczej
karierze.



W 1958 roku już jako stały współpracownik Christa
rysował dla dwóch tytułów. W czasopiśmie „Przygoda” publikował krótkie
przygody Kuka i Ryka, zaś dla „Wieczoru Wybrzeża” próbował z „Kichasiem” - kotem strzelającym do ludzi w parku z
ukradzionego kupidynowi łuku, oraz o Jackiem O'Keyem. Pierwsza
historyjka się nie przyjęła, zaś druga – umiejscowiona na Dzikim
Zachodzie – nie spodobała się peerelowskim cenzorom. Wtedy po raz
pierwszy na łamach gazety pojawił się marynarz Kajtek-Majtek – efekt
marynistycznej pasji Christy.




Pierwsza
odsłona Kajtka jak widać różniła się od jego ostatecznej - czyli
najlepiej znanej czytelnikom - wersji. Od pierwszego paska z
15 października 1958 r. do 22 listopada 1961 r. marynarz Kajtek
występował solo. Później u jego boku pojawił się Koko – zabawny
głuptas, który potrafił zawsze i wszędzie spowodować zabawne kłopoty. Kłopotów tych – za co Chriście należy się szczery podziw – starczyło na sześć pasków tygodniowo przez czternaście lat. Przez
ten czas Kajtek i Koko poddani zostali operacjom kosmetycznym
podróżowali w czasie i przestrzeni (w kosmosie bohaterowie spędzili
trzy lata - 1265 odcinków, lata 1968-72). ), a także zmieniali się w
detektywów. W 1972 roku, kiedy lekko już znudził się dwoma marynarzami,
przeszczepił ich w czasy słowiańskich wojów – od tej pory Kajko i
Kokosz podbijają młode (i teraz już całkiem posunięte w latach) serca.
W tym czasie Christa zaczął publikować komiksy w „Świecie Młodych”.

W tamtym czasie Christa
rysował także dla „Relaksu”. Pierwszy raz pojawili się tam kolejni
„potomkowie” Kajka i Koka - Gucek i Roch ( "Tajemniczy rejs" i "Kurs na
Półwysep York"). To tam można było odnaleźć rewelacyjną serię "Bajki
dla dorosłych", w których Christa wykazywał się poczuciem humoru i ciętym językiem:
"Rumak rycerza zalotnika ujrzawszy w miejscu swego pana – łabędzia niemego,
z właściwą rumakom bystrością zaproponował:

– Właź na siodło. Będziemy udawać pegaza. "
Postacie z bajek Christy drwiły w oczywisty sposób z
baśniowych stereotypów, zahaczając często o wątki erotyczne, ale też
myjąc zęby, grając w piłkę i robiąc różne inne bardzo współczesne
autorowi rzeczy (Bajka o Inspektorze Nadzoru Budowlanego? - a czmu nie).


W Relaxie publikował też cykl dowcipów o dżdżownicach, żeglarzach i palaczach - wszystkie, jak to się mówi, "chwyciły".


Christa
rysował do 1990 roku. Później choroba oczu uniemożliwiła mu dalsza
karierę. Jak mało opłacalne w Polsce jest rysowanie komiksów przekonał
się właśnie wtedy - dopiero podpisując umowę z Jupi Direct na wznowienia "Kajka i Kokosza" zdobył pieniądze na operację. Do rysowania jednak nie wrócił.


A
szkoda bardzo... Na jego komiksach wychowały się pokolenia. Dzisiaj, w
świecie gdzie rządzą pokemony i bijatyki między herosami, perypetie
dwóch wojów, smoka Milusia (mój faworyt), zbója i czarownicy, Zbójcerzy
i ich wodza Hegemona... łezka się w oku kręci.
Do dziś pamiętaj
swoją fascynację Milusiem i kraina Borostworów. Nie można było mnie
oderwać (do dziś mam wszystkie numery komiksu i galopującą wadę wzroku
od czytania ich po ciemku).


Pomyślałam
sobie, jakie to smutne, że ktoś tak istotny dla mojego, nazwijmy to,
wychowania, po prostu żył sobie obok zupełnie sam w lekkim zapomnieniu.
Jak widać, jest to kolejna opowieść z
krainy mojego dziecięcego sentymentu, ale cóż zrobić - marzy mi się
powrót do rzeczywistości, w której ważne były pomysły, wykonanie i
inteligentne teksty od litrów krwi, komputerowej animacji naprawdę
wielkiej spluwy i błyszczących, brokatowych minispódniczek ( z pewnością magicznych).

Bo co taka Wróżka z Księżyca mogłaby zrobić czarownicy Jadze? Za przeproszeniem fiuknąć. Na różowo, lelum polelum...









Czytaj resztę...